Brak dowodów. Dlaczego zeznanie o napadzie na tle nienawiści nie dorównuje ukaraniu agresora?

0

Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim/
Матеріал також можна прочитати українською мовою

Julia przyjechała do Warszawy z Kostopola 15 lat temu. Ukończyła uniwersytet, pracuje jako projektantka odzieży, wynajmuje mieszkanie w centrum miasta, podróżuje. Chociaż spotykała się w Internecie z przejawami hejtu wobec Ukraińców, w codziennym życiu nie miała przykrych wypadków. Dopóki, jako „banderówkę” nie pobiła jej w centrum Warszawy … inna kobieta.  

– Stało się to w styczniu. Moja koleżanka zaprosiła mnie na urodziny. Agnieszki wcześniej nie znałam, porozmawiać na imprezie nie zdążyłyśmy. Moja taksówka nie przyjechała, więc wraz z koleżanką postanowiłyśmy dołączyć do niej i jej partnera. W samochodzie Agnieszka zaczęła rozmowę o historii, że jej dziadka zabili Ukraińcy. Była pijana, agresywna, a ja siedziała  i się nie odzywałam. A ona prowokowała, mówiąc, wy, Ukraińcy, mordowaliście nas, rąbaliście, ćwiartowaliście. Jej partner zapytał, jak mi się żyje w Polsce, odpowiedziałam, że dobrze. W tym momencie taksówkarz wspomniał, że jego żona jest z Ukrainy, ale „taka kiepska kobita”.

Kiedy sytuacja z  nieprzyjemnej przetworzyła się w nie do przyjęcia?

– Polka była coraz bardziej zadziorna, zaczęła mówić, że Ukraina nie powinna istnieć. Nie chciałam z nią dyskutować, ale nie wytrzymałam i powiedziałam, że Polacy także zabijali Ukraińców. Powiedziała wówczas „Zabiję cię!”. Przejeżdżaliśmy akurat przez Plac Konstytucji i zdecydowałam, że nie chcę kontynuować tej „rozmowy”. Taksówkarz zatrzymał się, wysiadłam. Agnieszka wyskoczyła, dogoniła mnie i złapała za włosy. Starałam się osłonić rękami, a ona ciągnęła mnie z krzykiem „banderówka”, „ukraińska ku…a”. Szarpanina trwała kilka minut, dopóki jej partner i moja koleżanka niw wybiegli z samochodu i nie zaczęli nas rozdzielać. Krzyczałam, prosiłam, żeby wezwać policję, obok przechodzili jacyś młodzi ludzie, ale nie reagowali. Na koniec partner zaciągnął Agnieszkę  z powrotem do taksówki, a ja prawie nieprzytomna poszłam do domu.

– Od razu zdecydowałaś się pójść na policję?

– Pierwsze, co pamiętam – to odczucie szoku. Wpadłam w histerię. Wulgarnie narodzono moje granice bezpieczeństwa, coś z tym trzeba zrobić, ale byłam tak zdenerwowana, że nie byłam w stanie normalnie myśleć. Pójście na policję jako pierwszy zaproponował mój partner, osobiście byłam gotowa do takiego kroku. Ranko poszłam na komisariat. Tam złożyłam zeznanie … i na tym wszystko. Nikt mnie nie obejrzał. Powiedzieli, aby czekać na kontakt z ich strony.       

– Oczekiwałaś bardziej zdecydowanych działań?

– Oczekiwałam, że przynajmniej od razu mnie obejrzą, ponieważ zgłosiłam pobicie. Ale do wydziału kryminalnego zaproszono mnie dopiero na czwarty dzień. Wówczas zrobiono zdjęcie, obejrzano głowę. Początkowo miałam obrzęki, ale po kilku dniach prawie znikły. Gdy sama chciałam pokazać, gdzie mnie uderzono, funkcjonariusz powiedział: „Nie chcę pani dotykać, bo potem pani powie, że to ja uderzyłem”. To, chyba, jedyne, co nie spodobało mi się w działaniach policji. Reszta procedur odbywała się bardzo spokojnie; w przypadku oficera, który przyjmował zeznania, odczuwałam nawet empatię.

– Czy słyszałaś wcześniej o podobnych przypadkach od znajomych?

– Wśród moich znajomych nikogo coś takiego nie spotkało. Oczywiście, czytałam w mediach, że były przypadki agresji wobec Ukraińców. Obserwowałam, jak prawica rozkręca histerię wokół Wołynia, która podniosła falę nienawiści wobec Ukraińców. Sprzeczałam się nawet ze swym partnerem, bo mówił, że wszystko wyolbrzymiam. A ja mówiłam mu – jeszcze zobaczysz, ze kiedyś pobiją mnie za to, że jestem Ukrainką! Wygląda na to, że wykrakałam. Chociaż do tej pory nic podobnego mi się nie zdarzyło. Bywało, że dawali mi najgorszą pracę lub płacili mniejsze niż Polakom pieniądze, ale bezpośrednio nikt mnie nie obrażał, a tym bardziej nie był.    

– Jak potoczyła się sprawa w policji?

– Najpierw policjanci sprawdzili monitoring na Placu Konstytucji, tam niczego nie było widać. Następnie sama tam poszłam, zobaczyłem więcej kamer, poprosiłam o ich sprawdzenie – na razie bez reakcji. Po kilku tygodniach zaczęto wzywać świadków. Partner Agnieszki zaprzeczał, że była jakaś szarpanina. A ona sama się przyznała! Potwierdziła, że ciągnęła mnie za włosy, tylko nie przyznała się, że z powodu mego ukraińskiego pochodzenia. Jak dowiedział się mój adwokat, miała już sprawy za pobicie. Moja koleżanka potwierdziła moją wersję. Najważniejsze znaczenie miały zeznania kierowcy, ale ten stanął po stronie Agnieszki. Powiedział, że to ja się jej czepiałam. Miałam takie odczucie, że spełniał swój patriotyczny obowiązek – bronił rodaczkę przed „przyjezdną”. A niedawno przyszło pismo – sprawę zamknięto z powodu braku dowodów. Co prawda, mój adwokat odwołał się od tej decyzji. Zrobił to bez konsultacji ze mną – gdyby zapytał – zrezygnowałabym.

– Nie widzisz szansy? Czy zmęczyłaś się?

– Nie widzę. Jeśli nie sprawdzili od razu innych kamer, to tych nagrań już nie ma. Zeznania świadków to słowo przeciwko słowu. Nie żałuję, że poszłam na policję. Nawet jeśli sprawę zamkną, to jednak takie doniesienia gdzieś w statystykach zostają. Niech ludzie wiedzą, że cudzoziemcy się skarżą. Dla mnie to wojna z wiatrakami – nazbyt droga zabawa. Obdukcja  – 300 zł, adwokat – kolejne 2000.

– Co możesz poradzić innym cudzoziemcom, którzy stają się ofiarami obrażania czy napaści ze względu na narodowe pochodzenie?

– Obowiązkowo należy iść na policję, jeśli jest taka możliwość – niezwłocznie. Znaleźć adwokata, który specjalizuje się w takich sprawach. Teraz myślę, że, być może, należało zwrócić się do naszej ambasady? Po to, aby policja zrozumiała wagę sytuacji, a nie traktowali jej jak z serii – dziewczyny napiły się na imprezie i trochę się pokłóciły. Nie chcę, aby Agnieszka trafiła do więzienia. Okazało się, że ma czwórkę dzieci i nie jest w wieku studentki. Ale przykro mi, że tacy ludzie pozostają bezkarni. Gdyby chociaż dostała jakąś grzywnę – wpłaciłaby na jakąś  działająca w Polsce ukraińską fundację.  

Należy przypomnieć, że fakt przestępstwa na tle rasowej, narodowościowej czy religijnej nienawiści może zgłosić ofiara tego przestępstwa, świadek lub osoba, która występuje w imieniu ofiary. Doniesienie należy złożyć na komisariacie policji lub w prokuraturze. Dodatkowo można także poinformować Zespół do  Spraw Ochrony Praw Człowieka przy MSW i organizacji pozarządowych. To samo dotyczy mowy nienawiści. Publiczne używanie mowy nienawiści jest przestępstwem, o którym w Polsce można zgłosić doniesienie do policji lub prokuratury. W przypadku, gdy ktoś nie zechce osobiście wchodzić w kontakt z funkcjonariuszami, można skorzystać z pomocy jednej z organizacji pozarządowych, na przykład zglosnienawisc.otwarta.pl.

Rozmawiała Olena BABAKOWA

Share.