Oleg Miliński: We Włoszech na pogrzebach płaczą wyłącznie Ukraińcy

0

Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim

W ukraińskim społeczeństwie unika się rozmów o śmierci. Natomiast dyrektor firmy „Funeralia” Oleg Miliński nie tylko ze  spokojem mówi na temat pogrzebów, ale może także fachowo wyjaśnić, jak wybrać trumnę czy przewieźć ciało z Portugalii. Biznesmen z Chmielnickiego, który postawił sobie za cel pomagać ludziom godnie pożegnać się z bliskimi, dwa lata temu przeprowadził się z rodziną do Warszawy i rozwija obecnie sieć międzynarodowych przewozów zmarłych.

Od lekarzy, kucharzy, dziennikarzy często można usłyszeć, że o swej pracy marzyli od dzieciństwa. Kierowanie zakładem pogrzebowym trudno nazwać wymarzoną posadą. Jak wszedł Pan w ten biznes?

Akurat w dzieciństwie bałem się pogrzebów i wszystkiego co  z nimi związane. Gdy dorosłem, ożeniłem się, wraz z żoną pojechaliśmy do Włoch na zarobki. Właśnie tam, na południu Europy, zobaczyłem pogrzeb absolutnie innego rodzaju: na bogato, uroczysty, z wielką dbałością o szczegóły – karawan, trumna, pięknie przygotowane ciało. Był to rok 2002 – w Ukrainie niczego podobnego wówczas nie było. Przepracowawszy we Włoszech 4 lata, powróciliśmy do Chmielnickiego z pomysłem otwarcia zakładu pogrzebowego, w którym pomagalibyśmy nie tylko po prostu pochować nieboszczyka, ale także zrobić piękną ceremonię pożegnania z drogim sercu człowiekiem. U ludzi zaczynały się już pojawiać pieniądze, a nisza na rynku była niezapełniona.

I jak w Ukrainie poszedł pogrzebowy biznes?

Zaczęliśmy od tego, że kupiliśmy karawan firmy Mercedes. Dziesięć lat temu to było coś – jedynie Kijów, Odessa czy Lwów mogły pochwalić się czymś podobnym. Ludzie  z czasem zaczęli pytać – czy kopiemy groby, robimy pomniki, czy możemy pomóc w załatwianiu formalności? Szybko zrozumieliśmy, że oprócz potrzeby godnego, estetycznego pogrzebu, ludzie pragną usługi zgodnie z zasadą „jednego okienka”, gdy wszystkie sprawy można załatwić w jednym miejscu. Niektóre rzeczy robiliśmy sami, czasami kontaktowaliśmy się z pośrednikami. Ale pokazaliśmy klientom, że można przyjść do naszego biura, przynieść dokumenty zmarłego, a resztę zrobimy my.

Racjonalnie wybraliście niszę na rynku, ale pozostaje emocjonalny aspekt pracy – właściciel zakładu pogrzebowego spotyka się z ludźmi w najgorszym dniu ich życia, gdy odchodzi ktoś z rodziny lub przyjaciół. Czy nie baliście się, że nie uporacie się z rozpaczą innego człowieka?

To trudne i nie można się do tego przyzwyczaić. Ale to nie jedyne emocje, które towarzyszą tej pracy. Ludzie są nadzwyczaj wdzięczni, gdy w tak smutnym dniu mogą nie martwić się o problemy z logistyką czy dokumentami. Często po pogrzebie dzwonią do mnie z podziękowaniem, piszą w sieciach społecznościowych. Chyba najbardziej wdzięczni są ci, których bliscy umarli za granicą, a nasza firma zajmuje się przewiezieniem ciała na Ukrainę. Bo w pierwszej chwili Ukraińcom wydaje się, że jeśli ktoś z rodziny zmarł za granicą, to nie można nic zrobić, a jeśli można – to za szalone pieniądze. A gdy widzą, że zadanie jest sprawnie wykonane, że mogą pochować członka rodziny w rodzinnych stronach, wówczas ich wdzięczność rekompensuje wszystkie negatywne aspekty pracy.

Kiedy zapadła decyzja rozszerzenia biznesu ze zwyczajnego zakładu pogrzebowego do międzynarodowej firmy przewozu zmarłych?

I tym razem wszystko zaczęło się we Włoszech. W pewnym momencie zaczęliśmy mieć coraz więcej próśb od rodzin o przywiezienie stamtąd ciał zmarłych kuzynów. Inne firmy odmawiały, ponieważ nie wiedziały, jak to się robi. A ja będąc na zarobkach nauczyłem się włoskiego, dlatego podjąłem się zadania. Na początku było trudno – zdarzało się,  że załatwienie formalności zajmowało nam nawet tydzień. Ale w końcu realizowaliśmy życzenie najbliższych zmarłego.

Nowy impuls do rozszerzenia biznesu pojawił się w ostatnich latach wraz z rozwojem ukraińskich społeczności na Zachodzie. Przeżywający tragiczne chwile Ukraińcy chcą mieć do czynienia z kimś, komu ufają. Cena pogrzebu także odgrywa niepośrednią rolę. Polacy się śmieją, a Włosi w ogóle nie wierzą, że cały pogrzeb może kosztować 100 euro.

Wydaje mi się, że Ukraińcy unikają tematu śmierci. Mało kto pisze testament, jeszcze mniej osób szczegółowo omawia z bliskimi kwestię tego, jak widzą swój pogrzeb. Wyjeżdżając za granicę wolą nie kupować ubezpieczenia, uważają, że nic złego im się nie stanie. Wszystko to ma chyba wpływ na przebieg uroczystości pogrzebowych.

Na Zachodzie, szczególnie w krajach protestanckich, ludzie często planują swój pogrzeb. Istnieje nawet pewien rodzaj umów – umowa wstępna między klientem a zakładem pogrzebowym. Mój znajomy Włoch pokazywał w swoim biurze całą szafę tego typu umów – starsze osoby podpisywały z jego zakładem pogrzebowym dokumenty, w których opisywano cały przebieg uroczystości, wszystkie szczegóły i wnosiły już opłatę. Rodzina nie ma wówczas żadnych logistycznych problemów. W Ukrainie ludzie żyją tak, jakby ten smutny dzień nie miał nigdy nadejść. Na Zachodzie ważna jest trumna, a także ciało – ludzie wybierają ładny nagrobek, wynajmują tanatoplastyków. To główne pogrzebowe wydatki. Natomiast Ukraińcy prawie całe pieniądze oddają na stypę. Dostrzegam to na przykładzie pogrzebów bohaterów Operacji Antyterrorystycznej:  trumna z tych najtańszych, zwłoki nie przygotowane, ale stypa na całą wieś. W Europie uznano by to za nonsens.

Jest jeszcze jedna różnica między pogrzebem na Zachodzie i w Ukrainie. Ciż sami Włosi podczas ceremonii, zarówno w kościele, jak i na cmentarzu, prawie nie płaczą – uważa się to za zachowanie nie na miejscu. Za to Ukraińcy, jeśli nawet znajdą się przypadkowo w pobliżu, zaczynają płakać po zmarłym Włochu. Dodatkowego dramatyzmu nadają ukraińskiemu pogrzebowi zabobony. Ukraińcy zamykają drzwi za nieboszczykiem, przewracają stołki, na których stała trumna, rzucają na podłogę nóż, nie wietrzą przez kilka dni domu… Przy czym, cerkiew prawosławna, szczególnie Moskiewskiego Patriarchatu, to popiera! Dochodzi do tego, że księża na cmentarzu zaczynają kierować naszymi pracownikami, mówiąc, co można, a czego nie można. Wydaje się, że czasami duchowni specjalnie nakręcają ludzi.

Człowiek umiera za granicą, trumnę ze zmarłym trzeba przewieźć na Ukrainę. Jak następnie wygląda proces?

Zgodnie z zasadą, zwraca się do nas osoba, która będzie opłacała przewóz. Są to krewni,  pracodawca, albo firma ubezpieczeniowa – teoretycznie wszyscy posiadacze wiz Schengen muszą mieć ubezpieczenie, z którego pokrywa się koszt przewiezienia ciała w przypadku śmierci. Jednak w tego typu sytuacjach nie ze wszystkimi ukraińskimi ubezpieczycielami współpraca się układa.  Następnie bierzemy zlecenie na realizację zamówienia, bez żadnej opłaty wstępnej. Działa u nas wspominany system „jednego okienka”: załatwiamy formalności – akt zgonu, zezwolenie na przewóz ciała, organizujemy transport, przewóz przez granicę, jeśli trzeba – także późniejszy pogrzeb lub kremację w Ukrainie. Dopiero po wszystkim rozliczamy się z klientem.

Gdy się zna procedury i posiada odpowiedni transport, wywiezienie ciała z terytorium Unii Europejskiej nie jest problemem. Oczywiście, są niuanse – na przykład, Włosi bronią swego rynku, dlatego bez współpracy z miejscowym biurem nie można przeprowadzić do końca procedury repatriacji ciała. Ale, ogólnie, im bardziej demokratyczny kraj, tym łatwiej się współpracuje z jego strukturami. Natomiast wywiezienie cudzoziemca z Ukrainy jest bardzo trudne. Nawet jeśli coś jest określone w przepisach, ukraińska milicja i prokuratura będą stawiały przeszkody: wymagały obecności konsula, przyjazdu rodziny… W Europie, jeśli posiadasz licencję zakładu pogrzebowego, wszyscy to honorują.

Coraz częściej z Ukrainy migrują nie pojedyncze osoby, a całe rodziny. Czy ich członkowie wolą tworzyć rodzinną nekropolię na nowym miejscu, czy mimo wszystko chcą urządzać pogrzeb na ziemi przodków?

W Polsce nigdy nie słyszałem, aby chowano kogoś z ukraińskich migrantów. Natomiast we Włoszech zdarza się to dosyć często. Pierwsze pokolenie chce jeszcze być grzebane na ojczyźnie, a już drugie w pełni się zakorzenia, nawet w tej kwestii. W przypadku Polaków jest  jeszcze ciekawsza osobliwość – jeśli cała rodzina, rodzice i dzieci, wyjeżdżają za granicę, zaczynają ekshumować swych biskich i przewozić tam. Można to nazwać pełnym zerwaniem związków z ojczyzną.

Co robicie w przypadku, gdy z prośbą o przewiezienie ciała zwraca się rodzina, która nie może w całości zapłacić za usługę?

Moje stanowisko jest takie – jeśli Ukrainiec zmarł za granicą i jego rodzina chce pochować go w domu, wówczas nie można dopuścić do tego, aby na przeszkodzie stanęła kwestia pieniędzy. Jedyna różnica między klientem, który jest w stanie opłacić zamówienie od razu, a tym, który nie dysponuje taką kwotą – to czas oczekiwania. Wówczas nie jedziemy po jedno ciało, a czekamy na inne zamówienie i przewozimy trumny razem. Posiadamy samochody nawet na cztery ciała, więc jest to absolutnie do zrealizowania. Co należy dodać, karawan przekracza granicę o wiele szybciej, niż zwyczajny samochód. Żona czasami żartuje, że nie chce jeździć do domu bez nieboszczyka.

A propos żartów: pokutuje stereotyp, że ludzie z branży pogrzebowej lubią czarny humor. Czy to prawda?

Wszyscy znajomi z branży to ludzie z wesołym usposobieniem, ponieważ nie mają innego wyboru. Anatomopatolodzy są poważni, ale w naszym biznesie mamy przecież kontakt także z żywymi, a więc musimy się  trzymać. Gdy odwiedzam w Ukrainie kolegę, który także ma zakład pogrzebowy i pytam – „jak leci?”, – odpowiada – „Oleg, mamy dziś promocję – zajrzyj pod wieko”.

Olena BABAKOWA

 

Share.