Roksana Wikaluk – ukraiński głos w Europie

0

Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim

Wokal, pedagogika, teatr, kompozycja, aranżacja, muzyka elektroniczna, fortepian… To daleko nie cała lista zawodowych fascynacji nieprzeciętnej Tarnopolanki Roksany Wikaluk, która prawie 24 lat temu, przyjmując twórcze wyzwanie losu, przeprowadziła się do Polski.

Roksana jest autorką i współautorką ponad dziesięciu wydanych poza granicami Ukrainy albumów, z sukcesami koncertuje w całej Europie, prezentując liczne twórcze projekty, współpracuje z różnymi muzykami, teatrami, wśród których jest Teatr Europejski w Warszawie.

Twórcza droga Roksany Wikaluk rozpoczęła się od … dziecięcej inspiracji. Mała, czteroletnia dziewczynka chciała wszystkiego spróbować. Próbowała między innymi gry na fortepianie, bo widziała i słyszała, jak wieczorami do tego instrumentu muzycznego siadał jej starszy brat.

 – Dziecko małpuje. Obserwuje wszystko dookoła i mówi „daj!” – wspomina pani Roksana i przyznaje, że w dzieciństwie absolutnie nie należała do tych dzieci, które posłusznie siedziały nad gamą i solfeżem. Dopiero będąc starszą zrozumiała, że chce zajmować się zawodowo muzyką i to właśnie rodzice, jak nikt inny, inspirowali ją i wspierali.  – Tak pozostało po dziś dzień – mówi Roksana, – a to poczucie dziecka pielęgnuje w sobie do tej pory.

Ma Pani wiele fascynacji. Jak udaje się nadążać za taką ilością twórczych procesów?

Człowiek potrzebuje zmian. Polimorficzność jest wpisana w ludzką naturę. Żyję z pewną świadomością różnorodności mojej natury. Zmieniając jedno zajęcie na drugie, pozbywam się rutyny. Dużą rolę odgrywa tu konsekwencja. Najlepiej doprowadzać rozpoczęte sprawy do końca, wyznaczać to, co umiesz robić najlepiej i przez cały czas to udoskonalać.  

Proszę opowiedzieć o muzycznych poszukiwaniach. Skąd uwielbienie muzyki jazzowej i elektronicznej?   

Ukończyłem Muzyczną Szkołę im. S. Kruszelnickiej w moim Tarnopolu w klasie fortepianu. Uczyłam się u genialnego pedagoga Mai Alfredowny Niwelt. Jednak, po zagłębieniu w klasykę, pociągnęło mnie w stronę jazzowego wokalu, i nie bez przyczyny – w naszej rodzinie jazz to tradycja. Występowałam następnie w tarnopolskim klubie jazzowym „Niczława”. Muzyka elektroniczna była w moim przypadku prawie wyborem w ciemno. Z  muzyką elektroniczną zapoznałam się bliżej, gdy wyjechałam za granicę. Mieszkałam wówczas na południu Polski, na Śląsku. Spotkałam tam Józefa Skrzeka, muzyka rockowego, lidera grupy „SBB” Silesian Blues Band. Pewnego dnia zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie chciałabym z nim wystąpić. Zgodziłam się. Wówczas po raz pierwszy usłyszałam na żywo muzykę elektroniczną w stylu, który bazuje na tak zwanej starej berlińskiej szkole.

Czy trudno było samorealizować się daleko od domu?

Przyjechaliśmy do Polski jako taka popowo – bluesowo – jazzowa grupa – ja i troje znajomych. Występowaliśmy na Śląsku, przeważnie na prezentacjach, prowincjonalnych scenach. Mieliśmy nawet osobistego menagera, który zaprosił nas do Polski. Co prawda, jak później się okazało, oszukał nas do cna. Moi koledzy obrazili się na niego i wrócili do domu, a ja, wówczas dwudziestoletnia  dziewczyna, miałam jedno marzenie – uczyć się w polskiej szkole jazzu.  Dostałam się do szkoły, ale nie miałam na nią pieniędzy. Odłożyłam więc naukę, ale jedynie w sferze akademickiej. Przez pewien czas uczyłam się jako samouk, mając możliwość słuchania wybitnych muzyków, przede wszystkim  polskiej szkoły muzycznej. Co warto wspomnieć, na jednej z pierwszych wspólnych prób Skrzek przyczynił się on do tego, że się maksymalnie „otworzyłam”. „Wykrzyczałam się” na scenie na kilku pierwszych koncertach, a następnie Józef pozwolił mi wykonywać podczas trzygodzinnego koncertu najwyżej jedną-dwie piosenki. Takie były początki.

Zrealizowała Pani wiele muzycznych projektów. Proszę opowiedzieć o tych, w które włożyła Pani najwięcej serca…

Na przykład, wspólny z Wolframem Der Spyrą z Niemiec projekt „MOON &MELODY” to pełen różnych obrazów, wielofunkcyjny organizm. Czasami żyje także pod wodą – dlatego, oprócz wykonawców i muzycznych instrumentów, potrzebne są wodoodporne głośniki i słona woda dla lepszej akustyki. Słuchacz kładzie się w płytkim basenie, zanurza w wodzie uszy i słucha muzyki, która niejako przenika przez całe ciało.  

Odnośnie polskich projektów, wspominam jeden z pierwszych, jeszcze studenckich – „MIZRAH”. Kończyłam wówczas wokalistykę jazzową u Ewy Bem – pierwszej damy polskiego jazzu. Mój kolega gitarzysta zaproponował zebrać zespół. Dołączył do nas flecista, kontrabasista i perkusista. W tym czasie miałam może z pięć autorskich kompozycji. Zaczęliśmy regularne próby, pojawiły się wspólne utwory. Wygraliśmy kilka konkursów. W 2002 roku zwyciężyliśmy na „Nowej Tradycji”, a nagrodę specjalną – nagranie płyty w jednym z najlepszych polskich studio – otrzymaliśmy z rąk legendarnego Czesława Niemena. A za parę miesięcy nagraliśmy CD, który wydało czasopismo „Jazz Forum”. Mieliśmy współpracować z jazzowymi managerami. Nie powiem, że nie poszczęściło. To był krok do przodu…

I gdzie zaprowadziło Panią natchnienie? Co nadal inspiruje?

Inspirację czerpię przez cały czas i z wszystkiego. Nawet z trudnych życiowych sytuacji, bo gdy już się po nich ogarnę, zdaję sobie sprawę, że to także skłania do ko konkretnego działania. W ten sposób zrodził się pomysł – potrzeba pisania drobnych felietonów. Obecnie prowadzę niewielką rubrykę w wydawanym w Warszawie czasopiśmie „Nasze Słowo”. Pracuję nad społecznym projektem, opartym  na zasadach muzykoterapii. Kontynuuję pisanie muzyki do awangardowej poezji Jaroslawa Pawulaka – genialnego artysty z Tarnopolsczyzny, którego nie ma już, niestety, wśród żywych. Oprócz tego, pracuję także nad programem żydowskim. Odkryłam dla siebie twórczość żydowskich poetów ukraińskiego pochodzenia, działaczy politycznych, zakatowanych jeszcze w czasach Stalina. Lew Kwitko, Icyk Fefer – to moi ulubieni. Przetłumaczyłam już ich wiersze na język polski i napisałam do nich muzykę. Każdy człowiek to „indo”, dlatego często reaguję na działania. Dobrze, gdy jest się czego w życiu uczyć!

A odnośnie Pani publiczności? Czy jest różnica między ukraińskim, a zachodnim audytorium?  

Mam bardzo wyraźną gradację odbioru przez publiczność. W Niemczech ludzie dużo pracują i odpowiednio zarabiają, chociaż się nie przepracowują. Mają czas i przestrzeń: duchową, intelektualną. Na koncerty przychodzą nie po to, aby pochwalić się, że byli i kupili drogie bilety, a po to, aby wsłuchać się i mieć jakąś refleksję. Ludzie tam już w latach 40-tych w pełni się przeformatowali, przemienili – to już zupełnie inny poziom świadomości. Podobnie jest w Belgii, Holandii.

W Polsce poczucie, że dużo pracujesz, ale mało ci płacą, zżera wszystko co ludzkie. Zaczyna się faza narzekania, która zagłusza człowieka. Nie bardzo chciał, ale jednak przyszedł na koncert, jednak jego obecność w sali jest raczej jedynie fizyczna. Problem dostrzegam właśnie w przemęczeniu.

Mam wrażenie, że w naszej ojczyźnie – jeszcze bardziej nie do sztuki. Występowałam rok temu w Kijowie u Ołeksija Kohana. To miejsce to „jazzowa Mekka” Ukrainy. Na koncert przyszło ze dwadzieścia osób, ale takich, które rzeczywiście pochłaniały każdy dźwięk. W innych miejscowościach słyszę najczęściej tę samą piosenkę: „Nie mamy pieniędzy”. A nie ma dlatego, że trzeba płacić za gaz, dlatego że państwo nas okrada.

Powiem tak – od poziomu życia zależy, czy ludzie są gotowi, oprócz siebie samych, swych własnych problemów, odbierać jeszcze coś innego i czymś się zainteresować. Odpowiedni poziom życia nasi rodacy z pewnością zdobędą poprzez osobistą świadomą chęć rozwijania się w cywilizowanym kierunku.

Czy dostrzega Pani jakieś zmiany na lepsze, gdy przyjeżdża na Ukrainę?

Jestem osobą emocjonalną, dlatego mój rodzinny Tarnopol był i pozostanie najpiękniejszy. Oczywiście, czasami staram się patrzeć na to obiektywnie. Dostrzegam rzeczy, które w ogóle się nie zmieniają. Dotyczy to kultury. Budynek szkoły muzycznej, którą ukończyłam jest w fatalnym stanie. Fasada Teatru  im. Zańkowieckiej we Lwowie – świątynia sztuki w samym sercu miasta jest  strasznie obdrapana.

Ukraińcy mają wszelkie niezbędne warunki do przeprowadzenia zmian: łagodność i nonkonformizm, brak zawziętości, jest w nich kozackie umiłowanie wolności, przez lata gnębionej, którą udało się jednak zachować. Ukraiński naród – jak ukraiński czarnoziem – jakby go nie mrozić, palić … a wystarczy włożyć trochę miłości i wiary – daje niebywałe płody! Odkrycie siły naszego potencjału przez nas samych i świat dopiero przed nami.

Moja świadomość pochodzenia, zresztą – nie tylko ukraińskiego, sprzyja odczuciu wewnętrznego kosmopolityzmu. Gdzie bym nie była, czuję się jak w domu.

A jak jest w codziennym życiu, poza sceną?

Szukam złotego środka, choć nie zawsze się udaje. Z jednej strony, ważne nie wpadać w imperatyw, z drugiej – nie być nazbyt mało asertywnym. Im jestem starsza, tym bardziej wsłuchuje się w zdanie innych osób, łatwiej zrozumieć mi osobę taką jaka jest, nawet jeśli coś mi się w niej nie podoba. Natura innego człowieka to przede wszystkim  delikatny system procesów. W ludzkiej naturze harmonijnie współistnieją dysonanse i konsonanse, tworząc w ten sposób jej jedność.

Twórczość zabiera wiele energii. Czy zdarzało się, że mówiła Pani „dosyć”?

Mając lat 20 zdarzyło się, że posłuchałam swych kolejnych nagrań i powiedziałam „Fuj! Koniec!”. Posłuchał mój brat i powiedział, że, niestety, mam rację. A Józef Skrzek okazał się być przewidującym i powiedział – Dziecko, idź odpocznij, wyśpij się, wówczas sama zauważysz, że bez muzyki nie wytrzymasz. – Tak też jest. W chwilach twórczego zastoju bywa strasznie, bo czujesz, że gdzieś wewnątrz kipi potencjał, a jakby nie znajduje wyjścia. Życie uczy podchodzenia do takich momentów z filozoficznym spokojem: przeczekać, dać sobie czas. Życie jest jak sinusoida.

Czy ma Pani jakąś definicję szczęścia, którą chciałaby się Pani podzielić?

Moim zdaniem, poczucie szczęścia przynosi uświadomienie samorealizacji w życiu. Dorośli całkowicie zapominają o tym, że kiedyś  byli cudowną dziewczynką czy chłopczykiem. Każdy nosi w sobie boski promyk, który nazywa się talent. Co dzieje się z dzieckiem, gdy dorasta? Bardzo często, z powodu tego, co niesie życie, które nie oszczędza ludzi, dorośli nie odczuwają już tego promyka. Nie oznacza to, że on zniknął. Nadal się w nas tli, pragnie rozbłysnąć i oświecić nasze niełatwe ścieżki życiowe, abyśmy znaleźli w sobie siłę do realizacji jednego z najważniejszych zadań – zdolności rozpoznania osobistego powołania i podążania za nim w ślad, uwolnienia ogromnego twórczego wewnętrznego potencjału w wieku dorosłym. Ten potencjał sprzyja osiągnięciu tego, co moim zdaniem jest stanem największego szczęścia – głębokiego poczucia samorealizacji. Pielęgnujmy więc w sobie dziecko!

Rozmawiała Sołomija KILISZKO,
Stowarzyszenie Ukraińskich Studentów w Polsce

Od redakcji: Roksana Wikaluk planuje kursy terapii śpiewem w Ukraińskim Domu w Warszawie. O szczegółach na portalu www.naszwybir.pl

Share.