Debalcewe 2015 – 2016

0

Wkrótce miną dwa lata od początku niewypowiedzianej wojny na wschodzie Ukrainy. Wojny nieoficjalnej – Kijów mówi o rosyjskiej agresji, jednak konflikt w Ukrainie oficjalnie określa się jako antyterrorystyczną operację.

Tymczasem, wojna przeistoczyła się na pozycyjną, gdzie strony ostrzeliwują się z różną intensywnością. Już od wielu miesięcy nie jest prowadzona zmasowana wymiana ognia. W codziennych doniesieniach sztabów Operacji Antyterrorystycznej i prorosyjskich bojowników podawana jest liczba ostrzałów. Jednak, oczywiście, obecne straty są znacznie mniejsze od tych, które raportowano jeszcze rok temu.

Debalcewe, styczeń – luty 2015

Ostatnia wielka bitwa rozegrała się podczas szturmu prorosyjskich bojowników, wspieranych przez regularne rosyjskie oddziały, na Debalcewe. Po wielodniowych, intensywnych walkach, z masowym wykorzystaniem czołgów i artylerii, ukraińskie jednostki  zostały praktycznie otoczone.

Gdy w styczniu 2015 roku, w czasie świąt przyjechałem do Debalcewe, aby odwiedzić ukraińskie pozycje, nic nie wskazywało, że to terytorium zamieni się w pole ciężkiej bitwy. Chociaż z wojskowego punktu widzenia ukraińscy żołnierze byli na niewygodnych pozycjach – dyslokowali się w worku, który przeciwnik mógł z łatwością odciąć. Tak się zresztą stało. Jednak, wówczas, w styczniu, żołnierze byli nastrojeni optymistycznie. Ale codzienna kanonada artyleryjskich obstrzałów i eksplozje rakiet Grad, które padały niedaleko od miasta świadczyły o tym, że przeciwnik podszedł bardzo blisko.

18 lutego ponownie pojechałem drogą z Artemiwska do Debalcewe, jednak do miasta nie udało się dojechać. Ukraińscy żołnierze wycofywali się.

– Walczę od kwietnia ubiegłego roku, trafiłem w pierwszej fali mobilizacji. Byłem tam w ostatnich dniach. Udało się! – opowiadał z radością, podążający do Artemiwska od strony Debalcewe, żołnierz o pseudonimie „Johnny”. On i jego koledzy mieli czarne twarze – z pewnością nie myli się już od kilku dni. Ale byli szczęśliwi, że udało się im stamtąd wyrwać. A tymczasem, podjeżdżały kolejne transportery i samochody z tymi, którym udało się wyjść z debalcewskiego kotła.

Jednak nie wszyscy się cieszyli. Przed kostnicą w Artemiwsku leżało tego dnia dziesięć trumien, a nieopodal – kilka plastikowych worków. Obok, w kontenerze – zakrwawione wojskowe kurtki. Tego samego dnia do kostnicy przywieziono ciała dwudziestu zabitych żołnierzy.

W rzeczywistości, ukraińskie straty w rejonie Debalcewe były znacznie większe.

– Nie mogliśmy nawet zabrać wszystkich żywych. Rozumiesz!? Wyjeżdżaliśmy BTR –em, dwadzieścia osób, i w pewnym momencie zobaczyłem, jak z okopu macha do nas nasz żołnierz. Ale nie mogliśmy go zabrać. Jechaliśmy z maksymalną prędkością, pod ostrzałem  czołgów. Ten obraz pozostanie mi do końca życia. Zostawiliśmy go! – ze łzami w oczach opowiadał Oleh ze 128 Brygady, który przeżył.

Ciężar wojny

Debalcewe to nie jedyna porażka ukraińskich żołnierzy na początku 2015 roku. Po kilku miesiącach zaciekłej obrony, ci spośród ukraińskich „cyborgów”, którzy przeżyli, opuścili donieckie lotnisko.

Także tam toczono straszne boje, z użyciem ciężkiej artylerii. Gdy pod koniec stycznia pojechałem w okolice lotniska, gdzie obserwowałem, jak pracuje ukraiński aerozwiad, praktycznie przez trzy dni, co godzinę, padaliśmy na ziemię, a obok wybuchały pociski ciężkiej artylerii.

Byłem tam świadkiem dramatycznych momentów: bohaterstwa, ale także strasznego oblicza wojny – tego, co robiła z ludźmi.

– Nie biorę jeńców. Pewnego razu trafił mi się bojownik, który powiedział, że jest z Ternopola. Zapytałem, po co poszedł walczyć po stronie separatystów. Opowiedział, że ma dużą rodzinę i chciał zarobić pieniądze. Do domu nie wrócił – ze spokojem opowiadał mi ukraiński żołnierz o pseudonimie „Snajper”. Profesjonalista, który wcześniej był dwa razy z ukraińskim kontyngentem w Iraku.

Inny, młody chłopak pochodził z Doniecka. Właśnie ładował karabin, wybierał się na zadanie. Mieliśmy być kilka kilometrów od jego rodzinnego miasta. Zadzwonił telefon.

– Radzę wam, abyście mniej oglądali rosyjskiej propagandy – Rozmowa wyraźnie go zdenerwowała, po czym od razu się rozłączył.

Bez zbędnych pytań z mojej strony powiedział: – Rozumiesz, moi rodzice zostali w Doniecku i wspierają separatystów.

Takich jak jego rodzice widziałem wielu w Debalcewe, gdy było jeszcze pod kontrolą sił ukraińskich. To typowe postsowieckie miasteczko, którego znaczna część mieszkańców nie odnalazła się po rozpadzie Związku Radzieckiego. I w 2015 ciągle pozostali w zawieszeniu, gdzieś na przełomie lat 80-tych i 90-tych.

Bitwa o Debalcewe zakończyła się podpisaniem tak zwanych drugich mińskich porozumień, których pierwszym punktem było zawieszenie broni. Co prawda, przez następnych kilka miesięcy toczyły się intensywne walki o położone niedaleko od Mariupola Szyrokine. Wieś została praktycznie zrównana z ziemią. Obstrzały z ciężkiego uzbrojenia były kontynuowane. Dopiero od września udało się osiągnąć częściowe zawieszenie ognia, dzięki czemu wykorzystanie ciężkiej artylerii znacznie się zmniejszyło. Od października obie strony zaczęły wycofywać ciężkie uzbrojenie – czołgi i artylerię od linii frontu.

Co prawda, jak powiedział mi jeden z ukraińskich czołgistów pod miejscowością Krymske w obwodzie ługańskim: – Wystarczy nam maksymalnie godzina, aby powrócić na początkowe pozycje.

Debalcewe – rok po

Po dziś dzień dwie strony oskarżają się nawzajem o wykorzystywanie zakazanego uzbrojenia, jednak obstrzałów z ciężkiej artylerii jest wyraźnie mniej. Nie oznacza to, że na froncie ucichło.

W grudniu 2015 roku, w okolicy dworca kolejowego w Doniecku, który znajduje się stosunkowo niedaleko od lotniska, słyszano obstrzały. Wieczorami słychać je nawet w centrum, a sporadycznie także w dzień. Dziwna, niewypowiedziana wojna, w na pół zamrożonym stanie, trwa nadal.

Z Doniecka do Debalcewe jedzie się około półtorej godziny. Po drodze przejeżdża się przez kilka punktów kontrolnych prorosyjskich bojowników. Jednak nie przypomina to ubiegłorocznych kontroli. Wówczas zagraniczny dziennikarz był osobą podejrzaną i poddawano go dokładnej kontroli. Obecnie, zdarza się, że nie sprawdza się dokumentów, ograniczając wszystko do face control.

Po drodze widać całkowicie zniszczone mosty i wiadukty. Jednak prawdziwy obraz ubiegłorocznych walk można sobie wyobrazić jedynie po wizycie w niewielkiej miejscowości w pobliżu Doniecka – Wuhlehirsku. Obstrzelane i spalone budynki w centrum miasta do tej pory robią ponure wrażenie.

Wjazd do Debalcewe jest obecnie nie do poznania. W styczniu 2015 roku był tu ukraiński posterunek i kilka budynków. Obecnie swój punkt kontrolny mają tu bojownicy. Jednak ze wszystkich znajomych budowli pozostała jedynie tablica informująca, ile jest kilometrów do innych miast. A niewielka restauracja, do której ukraińscy żołnierze przychodzili ogrzać się, zamieniła się w pogorzelisko. Ślady walk widać także w centrum miasta. Zniszczone lub uszkodzone budynki. Jeszcze więcej jest ich na obrzeżach miasta. Niektóre to całkowita ruina.

Na ulicach do tej pory leżą odłamki pocisków Grad. Na ulicy Polowej pomiędzy rozwalonymi budynkami znajdują się byłe ukraińskie pozycje. W oknach wielu ocalałych budynków ich mieszkańcy wystawili ikony. Za budynkami – dwa zniszczone ukraińskie czołgi. Zastanawiające, że do tej pory tam stoją, ponieważ większość uszkodzonego uzbrojenia od razu wywożono. Jednak podejście do nich to ryzykowna sprawa. Wzdłuż linii demarkacyjnej na Donbasie pozostało do tej pory wiele min.

– To już moja trzecia wojna. Pierwszą przeżyłem, gdy pracowałem w Iraku. Drugą – w mojej ojczystej Bośni. Trzecią – obecnie w  Debalcewe w Ukrainie, gdzie przeprowadziłem się kilka lat temu. Żona stąd pochodzi – opowiada Duszan, który osiedlił się w Debalcewe kilka lat temu.

Tymczasem, separatystyczne władze remontują w Debalcewe szkoły, przedszkola i szpital. Pomaga Rosja. Widać, że to pokazowy projekt. Ale, rzeczywiście, do miasta wróciła większość mieszkańców. W jednej ze szkół wywieszono rozkład zajęć. Jest na nim ukraiński język i literatura, ale w nowym systemie to już język i literatura obca.

W centrum miasta, na schodach, które prowadzą do tymczasowej siedziby miejscowego muzeum, wisi plakat. Na nim – cytat z wiersza Wołodymyra Sosiury w języku ukraińskim: „Debalcewe moje, kołysko dni mych…”. Na parterze wystawiono eksponaty związane z ukraińskim poetą, który przyszedł na świat właśnie w Debalcewe. Jednak, tuż obok – wystawa fotografii z wojen  w Czeczenii, Gruzji, Kosowo, sponsorowana przez fundację głównego kremlowskiego reżysera Nikity Michałkowa.

W grudniu w Debalcewe i Horliwce, którą także kontrolują separatyści, OBWE otworzyła swe punkty. Rozszerzenie działalności monitoringowej świadczy o dosyć spokojnej sytuacji. Jednak ten spokój może być złudnym, o czym kilka dni temu, 16 stycznia, mogli przekonać się współpracownicy misji OBWE, których samochód w pobliżu  Doniecka został ostrzelany przez snajpera.

Piotr ANRUSIECZKO,
Debalcewe – Donieck – Kijów

Share.