Edward Krasiński – niebieska linia od Łucka do Warszawy

0

Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim

Miałam siedem lat, gdy w Łucku odbyła się pierwsza i jedyna wystawa malarza, rzeźbiarza, autora instalacji Edwarda Krasińskiego. Pierwsza i jedyna nie tylko w Łucku, ale i w Ukrainie. W dalekim 1995 roku, po długich latach nieobecności, artysta zdecydował się obchodzić swe 70 –lecie wystawą w mieście, w którym się urodził.  

Niebieska taśma, szerokość 19 mm, długość niewiadoma

Edward Krasiński – światowej sławy polski artysta, przedstawiciel neoawangardy, urodził się w, wówczas jeszcze polskim, Łucku 3 marca 1925 roku. W dostępnych źródłach brak informacji o dzieciństwie artysty.  Nie ma ani jego wspomnień o łuckim okresie, ani żadnych wspomnień biografów o wyjeździe przyszłego artysty do Polski. Wiadomo jedynie, że z Łucka wyjechał na naukę do Krakowa, gdzie podczas wojny był uczniem Szkoły Przemysłu Artystycznego, a po wojnie – studentem Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Krasiński, wspólnie z Wiesławem Borowskim, Mariuszem Tchorkiem, Henrykiem Stażewskim i Anką Ptaszkowską był jednym z założycieli Galerii Foksal w Warszawie – miejsca, w którym spotykały się najważniejsze postaci środowiska artystycznego lat  sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oraz ośrodkiem sztuki alternatywnej.

Edward Krasiński nazywany jest „animatorem niebieskiej linii”, ponieważ po długich latach eksperymentów z materią i formą, w końcu znalazł ją – niebieską taśmę na wysokości 130 cm nad ziemią, która uczyniła Krasińskiego sławnym. Mówi się, że ktoś kiedyś podarował dla żartu Krasińskiemu rolkę niebieskiej taśmy, a on znalazł w tym prezencie swą idealną koncepcję. Od tego czasu artysta zaczął panować nad przestrzenią, wymierzając ją przy pomocy niebieskiej taśmy, a wraz z tym – zaprzeczając rzeczywistość, ponieważ Krasiński zaczął obklejać wszystko, co widział – ściany, przedmioty, a nawet ludzi.  „Taśma to przypadkowość – mówił artysta – ale ja oczekiwałem takiej przypadkowości”.

Edward Krasiński. K1

W 1995 roku błękitna taśma powędrowała do rodzinnego miasta artysty w postaci wystawy „Nareszcie w Łucku”. O tej wystawie nie zachowała się żadna informacja, w rodzinnym mieście o Krasińskim wie niewielkie grono osób, przeważnie w jakiś sposób związanych ze sztuką, a pojedyncze materiały, które od czasu do czasu pojawiają się w lokalnych mediach, są faktycznie cytatami ze znanymi informacjami z polskojęzycznych źródeł: urodził się w Łucku, uczył w Krakowie i tak dalej. Wydaje się, że w jego łuckiej rzeczywistości wystawy w ogóle nie było, jak i samego Krasińskiego. Czyżby nie zachowały się żadne relacje, świadkowie, wspomnienia? Czy takie wydarzenie nie odbiło się echem w moim rodzinnym mieście, które, co wiem z własnego doświadczenia, nie było przyzwyczajone do takiego rodzaju sztuki?

W ten sposób zaczęła się moja przygoda z poszukiwaniem śladów Krasińskiego w Łucku. Zaczęłam przede wszystkim szukać osób, które pamiętały wizytę artysty w rodzinnym mieście. I znalazłam. Kto mógłby przypuszczać, że na moje zapytanie na zwykłej łuckiej grupie na Facebooku zareaguje tak wiele osób, które jeszcze teraz pamiętają ten marcowy dzień!  „Niebieska linia” – wszyscy, którzy odwiedzili wystawę powtarzali tę magiczną zbitkę słów „ta zdumiewająca niebieska linia”. I to nie są po prostu słowa – to emocja, która, z jednej strony, trzyma ten świat, nie dając mu uciec, a z drugiej – podkreśla całą jego absurdalność, przesuwając sztuczne niebieskie granice na wysokość 130 cm. „Pojawia się na wszystkim i wszędzie z nią docieram. Nie wiem, czy jest to sztuka. Ale na pewno jest to Scotch blue, szerokość 19 mm, długość niewiadoma” – mówi artysta.

Przygotowania do powrotu do domu

Kolega artysty, były dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie Stefan Szydłowski wspomina, że trzy lata przed swym jubileuszem Edward Krasiński zaczął coraz częściej mówić o marzeniu zorganizowania swej wystawy w rodzinnym mieście. Marzenie zaczęły powoli nabierać formy. Kolega Krasińskiego, znany fotograf Tadeusz Rolke pojechał do Łucka, aby dogadać się z miejscową władzą i znaleźć miejsce, które nadawałoby się na to wydarzenie. Przyjaciele artysty wspominają, że pomysł przyjęto entuzjastycznie, a na miejsce organizacji wystawy wybrano Muzeum Sztuk Pięknych, które znajduje się na Zamku w Łucku. Zaczęły się przygotowania.

Opisuje je przyjaciel artysty, reportażysta Leszek Talko: „Autokar z biura turystycznego „Kalinka” – wynajęty przez Centrum Sztuki Współczesnej – już czeka pod pracownią Edwarda Krasińskiego-Edzia. Do luku bagażowego wędruje wystawa: trzy olbrzymie pakunki. Do tego rekwizyty na wernisaż: kartony soków, wina, słone paluszki, krakersy. Pojedzie rodzina: córka Paulina, była żona Anka Ptaszkowska (przyjechała z Paryża, gdzie miała swoją galerię), a także znajomi pana Edzia”.

Edward Krasiński. L

Wystawa w Łucku odbyła się 3 marca. Ale Edward Krasiński zobaczył inny Łuck. Po półwiecznej rozłące w niewielkim stopniu przypominało to rodzinne miasto, w którym się urodził. „(Wystawa) miała być powrotem do dzieciństwa. Gdzieś tam na łuckich wzgórzach stoi może jeszcze dom, w którym urodził się Krasiński. Łuck się zmienił, powstały nowe wzgórza, zniknęły stare. W miejscu, gdzie Edzio zapamiętał rzekę, jest ulica. Po wojnie rzekę zasypano. Stare domy przetykane pudełkami bloków. I z tych starych, i z tych nowych łuszczy się farba. Wszędzie błękit. Niebieskie obramowania okien, drzwi, dachów. Wszędzie niebieskie paski. Ale nie trzymają 130 cm. Z daleka wyłaniają się baszty średniowiecznego łuckiego zamku Lubarta. Zamek też wygląda inaczej niż przed wojną. Edzio jest rozczarowany”. Ale entuzjazm powraca do artysty, gdy widzi tłum, który czeka na jego przyjazd pod bramą Zamku Lubarta.

„Wszyscy długo czekali na przyjazd Profesora (tak w Łucku nazywano Edwarda Krasińskiego – J.L.). W końcu, drzwi się otwierają, wchodzimy, a tam … białe ściany. A gdzie obrazy?” – wspomina jedna ze zwiedzających. Wszędzie była jedynie niebieska taśma, a nad głowami widzów, na sklepieniu wisiała główna praca mistrza – ponownie – niebieska taśma, naklejona na białe płyty. Potem Krasiński wytłumaczył zadziwionej i jednocześnie zafascynowanej publiczności, na czym polega sens jego koncepcji. Opowiadał, że długi czas leżał w szpitalu, patrząc na depresyjny biały sufit. Gdy wyszedł ze szpitala, zdecydował się urozmaicić to, co widział, dodając do szpitalnej rzeczywistości niebieską linię.

Wystawę „Nareszcie w Łucku” wspominają także miejscowi artyści. Malarka Natalia Kumanowska, żona świętej pamięci artysty Mykoły Kumanowskiego, opowiada o swych wrażeniach:  „Ja także byłam na tej wystawie. Szkoła plastyczna, uczniowie Banacha (Stepan Banach – malarz, fotograf, były kierownik Dziecięcej Szkoły Plastycznej w Łucku – J.L.) poszli na wernisaż. Wrażenia były niesamowite. Niebieska linia…”

Byłam bardzo zaskoczona tym, że jednym z pierwszych, który odezwał się na moją prośbę podzielenia się wspomnieniami o Krasińskim w Łucku, był dyrektor zakładu poligraficznego, który dostarczył na wystawę niebieską taśmę. Napisał: „niebieska taśma na ścianie … kto pamięta – to była kwintesencja i cały cymes… Zachowałem w archiwum kilka plakatów i broszurek, także zrobionych ręcznie – wówczas nie każdy miał komputer”. Co za niesamowite odkrycie! Okazuje się że, Krasiński jednak osiągnął to, czego chciał: wyprowadził niebieską linię daleko poza koła artystyczne, mieszając dwie absolutnie różne rzeczywistości, pozostawiając nieobojętnymi ludzi  dalekich od świata sztuki. Bo czy niebieska linia jest sztuką? Kto wie, to po prostu taśma „Scotch blue, szerokość 19 mm, długość niewiadoma”.

„Wystawa była ciekawa. Ale najciekawiej było po wystawie” – wspominają dalej widzowie, śmiejąc się i nagle milkną. Dopytać się – cóż tam było po wernisażu – niemożliwe. Leszek Talko który był wówczas w Łucku, tak opisuje zakończenie wydarzenia: „Dyrektor od kultury zaprasza na przyjęcie. Miejscowy zespół dyskotekowy ze zmodernizowanym folklorem zaciąga „Skażi mnie prawdu ataman…”. Ukraińcy dyskutują o teorii sztuki.
– Pasek uwypukla to, na czym jest naklejony: czy to stary mur, czy ubikacja – tłumaczy im Stefan. Zespół i goście przy sąsiednim stole zaczynają „Biełyje rozy”…”. Łuck lat 90- tych nie mógł być innym, nawet jeśli chodzi o neoawangardę.

Zapomnienie?

Tak kończą się obchody powrotu, czy też próby powrotu do domu Edwarda Krasińskiego. Była to jego ostatnia wizyta w Łucku. Artysta podarował wystawę łuckiemu Muzeum Sztuk Pięknych, które nigdy jej później nie eksponowało, a same prace zniknęły bez śladu, gdzieś w muzealnych piwnicach. Wiele lat później pojadę oglądać prace Krasińskiego w Centrum Pompidou w Paryżu, nie domyślając się nawet, że był on tak blisko, w moim rodzinnym mieście. Jeszcze później zwrócę się do muzeum z zapytaniem o los prac, ale nigdy nie otrzymam odpowiedzi.

Krasińskiego w Łucku nie zrozumiano. Szybko o nim zapomniano, chociaż do tej pory pamięta się niebieska taśmę na suficie Muzeum Sztuk. Łucczanie nie wiedzą, w którym budynku przyszedł na świat Edward Krasiński, jego imieniem nie nazwano żadnej ulicy, nie uczą o nim w szkołach. Jego sztuka była odmienna, nie wpisywała się w powszechnie przyjęty kanon, wymagała myślenia, znajomości kontekstu, autorefleksji, ale przeciętny widz ukraińskiego prowincjonalnego miasta nie był przygotowany na współuczestnictwo w opanowywaniu przestrzeni. Przynajmniej, nie każdy. Moim zdaniem, Krasiński wyprzedził czas co najmniej o dwadzieścia lat. Czy reakcja na jego wystawę byłaby obecnie inna? Czy to wydarzenie nabrałoby odpowiedniego rozgłosu? Czy Łuck pamiętałby o Krasińskim, czy pisano o nim, jako o znanym Łucczaninie? Możliwe, ale nie dowiemy się tego nigdy, ponieważ genialny mistrz „niebieskiej linii” zmarł w Warszawie w 2007 roku, a „Nareszcie w Łucku” była pierwszą i jedyną wystawą artysty w Ukrainie.

Julia LASZCZUK

Share.