Gosia Mc Kane – Nie lubię, gdy o Polakach w Brytanii mówią „gastarbaiterzy”

0

Jak żyje się ponad milionowi polskich migrantów w Brytanii, jaką pomoc oferują im organizacje społeczne i dlaczego tak trudno powrócić z emigracji do domu, – o tym w rozmowie z Gosią Mc Kane – dyrektor charytatywnej organizacji Merseyside Polonia z Liverpoola.  

Ile osób liczy obecnie polska społeczność w Wielkiej Brytanii?

Oficjalne dane to 800 tysięcy, nieoficjalnie mówi się nawet, że jest to półtora miliona Polaków. Trudno podawać jakąś konkretną cyfrę także dlatego, że dla Polaków brytyjska granica jest otwarta, przez cały czas ktoś przyjeżdża albo powraca do domu.

Czy możemy mówić o polskiej społeczności w Brytanii, czy bardziej trafnym określeniem byłoby używanie liczby mnogiej – o polskich społecznościach?

To zależy od tego, jak na to spojrzymy. Największa grupa imigrantów z Polski mieszka w Londynie, ale tam ludzi łączą nie tyle organizacje społeczne, co biznes. Oczywiście, jest coś takiego jak Zjednoczenie Polaków w Wielkiej Brytanii, są polskie szkoły, harcerstwo. Poza stolicą popularnością cieszą się lokalne polskie organizacje. Osobiście reprezentuję właśnie taki ośrodek z Liverpoolu – Merseyside Polonia. W naszym mieście jest polska szkoła, w kościołach są polskie msze, działa coś na kształt polskiej biblioteki. Oczywiście, w mieście są także polskie sklepy i mały biznes.  Mogę powiedzieć, że wiele organizacji powstało na początku lat 2000-ych, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej i coraz więcej Polaków jechało do Brytanii, ale część z tych inicjatyw już nie działa. Trzymają się ci, którzy rzeczywiście robią coś dla społeczności. Dla naszej organizacji bardzo ważnym jest, aby to, co robimy sprzyjało integracji i pogłębieniu współpracy z lokalnymi mieszkańcami. Wszystkie nasze akcje prowadzimy zarówno po polsku, jak i angielsku, aby mogli przyłączyć się do nich wszyscy zainteresowani.

Do Wielkiej Brytanii przyjechała pani 16 lat temu. Jak wówczas wyglądała polska diaspora, czy na ulicach było już słychać polski język?

Gdy w 2000 roku przyjechałam do Liverpoolu wydawało mi się, że jestem jedyną Polką w całym mieście. Wszyscy chcieli się ze mną spotkać, bo Polska była czymś egzotycznym, mało znanym. BBC zrobiło nawet ze mną program – dlaczego Polka przyjechała do Anglii? A potem pojechałam na weekend do Londynu i tam usłyszałam polski na ulicy. To było dla mnie wydarzenie! Nie to, żeby Liverpool w ogóle nie znał Polaków – w XIX wieku uciekali tam uczestnicy Powstania Listopadowego i Styczniowego, ale potem była długa przerwa. Gdy przyjechałam, nie spotkałam wówczas starszych Polaków. Więc ponownie odkrywamy Brytyjczykom Polskę i pokazujemy, jak wiele łączy nasze narody. Trzy lata temu obchodziliśmy rocznicę bitwy o Atlantyk, w ramach obchodów odsłoniliśmy tablicę poświęconą polskim marynarzom, którzy brali udział w tej operacji. Nasza organizacja przygotowała prezentację w muzeum na temat II Wojny Światowej i wkładu Polaków w zwycięstwo aliantów. Bardzo dużo dała mi praca z moim mężem, który działa w swojej organizacji pozarządowej. Więc, gdy Polacy zaczęli masowo przyjeżdżać do Brytanii wiedziałam już, co i jak mogę zrobić, aby ich wesprzeć. Za granicą brakuje im bardzo pewności siebie. Może tak nas wychowano? Szukamy niskopłatnej pracy, bo tak jest bezpieczniej. Staramy się rozwijać w Polakach ambicje, ponieważ są wspaniałymi pracownikami i mają wiele pomysłów dla nowego biznesu.

W Polsce istnieje przekonanie, że do Brytanii jadą przede wszystkim osoby, które zgadzają się na pracę fizyczną za większe niż w domu pieniądze lub młodzi, ambitni ludzie, którzy chcą się dostać na miejscowe uczelnie. Czy stereotyp odpowiada rzeczywistości? 

Nie lubię, gdy Polaków w Brytanii nazywają „gastarbeiterami”. Bo słowo to bardzo ogranicza listę powodów, przez które ludzie decydują się na zmianę kraju zamieszkania. Ja wyjechałam, ponieważ zakochałam się w mężczyźnie z Liverpoolu, więc mój przyjazd nie ma nic wspólnego z migracją zarobkową. I wśród moich znajomych jest wiele takich osób. W ostatnich latach kilka razy spotykałam się z przedstawicielami społeczności LGBT, którzy emigrowali z Polski, bo nie czuli się tam bezpiecznie. A propos, nasza organizacja nie opowiada się za żadną religią czy polityczną partią, w ubiegłym roku braliśmy nawet udział w lokalnej Paradzie Równości, która promuje mniejszości seksualne oraz swobodę wyboru orientacji. Dosyć często Polacy jadą do Brytanii, ponieważ szukają nowych możliwości, chociaż w ojczystym kraju już coś osiągnęli. W przypadku migracji zarobkowej, jest taka tendencja, że najpierw wyjeżdżają mężczyźni, a jedynie z czasem przyłącza się do nich rodzina. W Brytanii Polaków trzyma jakość życia, dobry klimat dla biznesu i atmosfera tolerancji.

Czy Polacy dobrze integrują się w brytyjskim społeczeństwie?

Wszystko zależy od tego, w jakiej sferze. Pierwszy warunek integracji to znajomość języka angielskiego, i, niestety, nie wszyscy polscy migranci znają go na dostatecznym poziomie. Ci, którzy nie znają języka są faktycznie skazani na kontakty w kręgu rodaków, niskopłatną pracę, gorsze warunki życia. I co najgorsze – nie wiedzą, jak i gdzie zwracać się o pomoc. Ludzie, którzy znają angielski od początku mają inne perspektywy nawiązywania kontaktów i samorealizacji.

Czy Brytania na oficjalnym poziomie inwestuje w integracyjny mechanizm?   

Tego typu inicjatyw było więcej 10-15 lat temu. W ostatnich latach Brytania przechodziła okres cięć budżetów w sferze socjalnej, szczególnie na integrację. Nasza organizacja jest częściowo finansowana z budżetu miasta, inne środki otrzymujemy od prywatnych organizacji. Projekty skierowane są nie tylko do migrantów, aby zbliżyli się do lokalnych mieszkańców, ale i do miejscowych, aby dowiedzieli się, kim jesteśmy, skąd przyjechaliśmy. Warto dodać, że staramy się promować także inne mniejszości narodowe. Polacy, którzy przyjeżdżają do Brytanii nie żyli wcześniej w atmosferze wielkiej etnicznej i kulturowej różnorodności i korzystnym dla nich jest dowiedzenie się, jak żyją inne mniejszości, co jest dla nich ważne, co wnoszą do krajobrazu miasta i brytyjskiej kultury.

Klika miesięcy temu Brytyjczycy zagłosowali za tym, aby opuścić Unię Europejską. Referendum poprzedziła dyskusja, w której zwolennicy prawicowych politycznych sił dosyć ostro wysławiali się o migrantach, obwiniając ich o gospodarcze kłopoty. Czy perspektywa Brexitu wpływa na stosunek Brytyjczyków do swych nowych sąsiadów? 

Wiosną brałam kilka razy udział w debatach telewizyjnych, w których uczestniczyli zwolennicy Brexitu. Tłumaczyłam, dlaczego ich hasła o migrantach, którzy okradają Brytyjczyków są zmanipulowane, nieprawdziwe. Kampania o Brexit zrobiła wiele złego, bo w jej ramach przyzwolenie na wypowiedzi otrzymali ludzie, którzy rozpowszechniają mowę nienawiści. Po referendum wszystko jeszcze się pogorszyło. Osobiście jestem zszokowana rezultatami głosowania. Większość mieszkańców Liverpoolu zagłosowało za „pozostaniem”, myślę, że poważną rolę odegrały w tym takie organizacje jak nasza. Jestem bardzo wdzięczna lokalnym władzom – po referendum mer Liverpoolu wystąpił z oświadczeniem, że niezależnie od tego, kto skąd pochodzi, jeśli mieszka w mieście – jest częścią lokalnej społeczności. Zaproszono mnie wraz z przedstawicielami innych mniejszości do wystąpienia w Radzie Miasta, aby opowiedzieć o tym, jakie są nasze odczucia, czego się obawiamy. Podczas mityngu mer, przedstawiciele partii politycznych, najważniejszych wyznań zapewniali migrantów, że są tu u siebie w domu i mogą liczyć na takie same wsparcie, jak każdy Brytyjczyk. Co prawda, nie wszędzie jest tak wspaniale – są w Anglii małe miasteczka, gdzie miejscowi skarżą się, że przyjezdni zabrali ich pracę, tam atmosfera po referendum jest napięta.

Czy nie wywołuje to w Polakach poczucia zagrożenia, chęci powrotu do domu?            

  Myślę, że pytanie „co dalej” stawia sobie wiele osób. Kilka dni po głosowaniu w naszym biurze odbyło się spotkanie z policjantem, który powiedział obecnym, że jeśli ktoś ich obraża, grozi na ulicy lub w Internecie wówczas należy powiadomić organy porządku publicznego. Są ogólne zapewnienia władz, ale konkretnych rozporządzeń, które by  na nowo regulowały życie migrantów, jak na razie nie ma. Wydaje mi się, że do Brexitu nie jest gotowy ani rząd, ani społeczeństwo. Wszyscy nadal chcą handlować z Unią Europejską na preferencyjnych warunkach, ale nie wszyscy chcą uznawać, że nie jest to możliwe bez wolnego rynku siły roboczej. Kontaktowaliśmy się już z naszymi lokalnymi parlamentarzystami i zaproponowaliśmy pomoc w konsultacjach. Jeśli będzie debata na temat zmiany statusu Polaków w Wielkiej Brytanii, to my chcemy brać w niej udział. Chociaż, obecnie mam przeczucie, że zmiany te nie będą aż tak radykalne. Politycy, którzy najgłośniej agitowali za Brexitem już odstąpili od większości postulatów.

Czy z powodu Brexitu wzrosła liczba osób, które chcą mieć brytyjski paszport?

Chyba tak – ludzie zaczęli częściej myśleć i o paszporcie, i o statusie rezydenta. Chociaż, moim zdaniem, państwo ma nadal zapewniać Polakom takie prawa, jak i obecnie, bo prawo nie może działać wstecz. Jeśli ktoś przyjechał do Brytanii 10 lat temu, wówczas podejmował tę decyzję bazując na aktualnym stanie rzeczy. Nieuczciwym byłoby odbieranie obecnie tym ludziom gwarancji socjalnych.

Liczba migrantów w  Polsce jest o wiele mniejsza niż w Brytanii. Tym nie mniej, w ubiegłym roku kryzys migracyjny zdominował kampanię parlamentarną. Nowy rząd nie śpieszy z przyjęciem do kraju nawet 7 tysięcy uchodźców, jak to uzgodniono z Brukselą. Nie ma zdecydowanej reakcji na przypadki agresji wobec ukraińskich migrantów. Ale przy tym, rząd cały czas deklaruje, że martwi się o Polaków za granicą. Będąc polską migrantką – jak Pani odnosi się do tego?   

Podczas Forum w Krynicy, w trakcie którego brałam udział w polonijnych panelach, miałam możliwość wysłuchać wystąpień premierów państw Grupy Wyszehradzkiej. Byłam zszokowana tym, co usłyszałam. Zarówno Beata Szydło, jak i jej koledzy ze Słowacji, Czech i Węgier bardzo negatywnie odnosili się do migrantów spoza Unii. Wydaje mi się, że ci politycy są pozbawieni zwykłych ludzkich odczuć. To państwa Zachodu zrujnowały życie mieszkańców Afganistanu, Iraku, Syrii, dlatego, naturalnym jest,  że to właśnie kraje zachodnie, do których Polska także się zalicza, mają teraz pomagać uchodźcom. W Liverpoolu brałam udział w programie rozsiedlania uchodźców, słyszałam historie tych ludzi – często po prostu łamały serce. A większość polskich polityków niejako ma amnezję na cierpienia ludzi, którzy są wokół. To źle, że Polacy zapomnieli swej historii, zapomnieli, jak sami podczas wojny szukali schronienia w Azji czy w Afryce. Prawdopodobnie Ukraińcy mają jednak lżej – mamy tu zarówno bliskość kultury, jak i podobieństwo języków. Polacy mają do Ukraińców lepszy stosunek, niż do wychodźców z Bliskiego Wschodu czy Północnej Afryki. W Liverpoolu często pracuję  z muzułmanami – to ludzie, którzy bardzo kochają swoją rodzinę i otaczają bliskich opieką. To, że media tworzą stereotyp muzułmanów – terrorystów jest po prostu ohydne. Gdy Polak popełni w Brytanii przestępstwo nikt nie mówi, że wszyscy Polacy to złoczyńcy. Polska powinna więcej współpracować ze społecznością międzynarodową dla polepszenia sytuacji w krajach, skąd przybywają uchodźcy, a także zrezygnować ze stanowiska „moja chata z kraju”.

Olena BABAKOWA

 

Share.