Prezydentem Polski będzie „ukraino-optymista”

0

Państwowa Komisja Wyborcza podsumowała rezultaty głosowania w pierwszej turze wyborów, która odbyła się 10 maja. Niespodziewanie, jej zwycięzcą okazał się kandydat opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS) Andrzej Duda, na którego głosowało 34,76% wyborców. Na drugim miejscu uplasował się obecny prezydent Bronisław Komorowski, którego wspiera rządząca partia Platforma Obywatelska (PO), zdobywając poparcie 33,77% głosujących. Ci dwaj politycy 24 maja spotkają się w drugiej turze. Frekwencja wyniosła 48,96%, a więc była jedną z najniższych w ostatnich latach.    

Pierwsza tura prezydenckich wyborów w Polsce zakończyła się politycznym „trzęsieniem ziemi” i wydaje się, że jego następstwa kraj nad Wisła będzie odczuwał w najbliższych latach. Kilka tygodni temu wydawało się, że nikt nie da rady zwyciężyć obecnego prezydenta, jednak Bronisław Komorowski nie tylko nie zwyciężył w pierwszej turze, ale zajął w niej drugie miejsce. Nie mówiąc już o tym, że jego druga prezydencka kadencja niespodziewanie stanęła pod znakiem zapytania. Przyczyna leży w zbyt dużej pewności co do dobrego rezultatu, zarówno sztabowców Komorowskiego, jak i jego potencjalnych wyborców, którzy po prostu nie poszli do głosowania. Kampania wyborcza obecnego prezydenta wyglądała na ciężką i niestrawną, a także, szczerze mówiąc – mało ciekawą.

Osobą odpowiedzialną za naruszenie spokoju jest 42 – letni kandydat opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość Andrzej Duda, który zdołał wykorzystać pewne zmęczenie polskiego społeczeństwa Komorowskim i Platformą, która rządzi w państwie od 8 lat. Dudzie udało się zdystansować się od swego partyjnego szefa Jarosława Kaczyńskiego. Młody polityk pewnie przeprowadził kampanię i zasłużenie wygrał w pierwszej turze. Zamiast Kaczyńskiego, który przez ostatnie kilkanaście lat politycznego życia „przejadł się” wyborcom, zwolennicy prawicowych sił zobaczyli nową twarz – energicznego i nowego polityka, który niespodziewanie stał się faworytem wyścigu do prezydenckiego fotela.

Prezydencka kampania w Polsce – z Ukrainą w tle

– Czy naprawdę w Polsce macie teraz szczyt kampanii wyborczej? – zapytała mnie dziennikarka jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych, która w kwietniu specjalnie przyjechała do Warszawy nagrać materiał o prezydenckiej batalii nad Wisłą. Rzeczywiście, tegoroczna kampania przed pierwszą turą wyborów była trudna do zauważenia, jeśli ktoś specjalnie nie śledził jej w mediach. Ale przed drugą turą zaczęła się prawdziwa batalia.

Powodów tego „spokoju” było kilka.  Po pierwsze, jesienią w Polsce, która, przypominam, jest republiką parlamentarno – prezydencką, a prezydent ma mniej prerogatyw niż prezydent Ukrainy, odbędą się wybory do parlamentu. Dlatego główna bitwa o władzę w kraju rozegra się właśnie wówczas. Po drugie, nazbyt mocną wydawała się pozycja startowa obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przez pięć lat swego urzędowania zachował renomę polityka, który cieszy się największym zaufaniem obywateli. Część ekspertów przypuszczała nawet, że po raz pierwszy od 2000 roku los prezydenckiego fotela może być rozstrzygnięty już w pierwszej turze głosowania.

Ale sondaże nie zamieniły się w rzeczywistość, a zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim w pierwszej turze dodała politycznemu życiu w Polsce prawdziwego „drajwu”.

Biorąc pod uwagę „ukraińską tematykę” – występuje ona w polskiej przedwyborczej kampanii przede wszystkim, jako niezbędny element szerszego pojęcia bezpieczeństwa Polski, stabilności i pokoju w Europie Środkowowschodniej oraz polityki zagranicznej Warszawy. Jednak i tu politycy różnią się w przedstawianiu „ukraińskiej kwestii”.

Dlatego ważne, że do drugiej tury weszło dwóch kandydatów – „ukraino-optymistów”.

Andrzej Duda jak na kandydata opozycji krytykował nieco Komorowskiego za brak zdecydowania w kwestii dostarczania Kijowowi uzbrojenia, a pod koniec stycznia zasugerował nawet, że należałoby rozpatrzyć sprawę wysłania na Ukrainę polskich żołnierzy. Po ostrej krytyce tej wypowiedzi przez premier Ewę Kopacz, Duda tłumaczył, że chodziło o polskich wojskowych, ale w ramach misji NATO. Ponadto opozycyjny kandydat nie zgadzał się z prowadzoną przez rząd polityką zagraniczną, szczególnie, w kwestii rosyjsko – ukraińskiego konfliktu. Zdaniem Andrzeja Dudy, Polska, jako kraj sąsiadujący zarówno z Ukrainą, jak i Rosją, powinna być obecna podczas rozmów w Mińsku. W swym wyborczym programie kandydat PiS stawia na aktywną politykę zagraniczną Warszawy i regionalne przymierze państw Europy Środowo-Wschodniej.

Po zwycięstwie Dudy w pierwszej turze wyborów ukraińskie agencje informacyjne, odpowiadając na pytanie „Who is Mr. Duda?”, podkreślały – to ten kandydat, który „publicznie brał pod uwagę bezpośrednią pomoc wojskową Ukrainie”. A część ekspertów zaznaczyła, że „antyrosyjska retoryka PiS jest na rękę Kijowowi” i wspominało zdecydowaną pozycję świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego (z partii Prawo i Sprawiedliwość) podczas rosyjskiej agresji przeciwko Gruzji w 2008 roku.

Prezydent Polski Bronisław Komorowski w ostatnich pięciu latach udowodnił, że jest prawdziwym sojusznikiem Ukrainy – nie ukraińskiej władzy, a właśnie ukraińskiego społeczeństwa. Trudno zliczyć, ile razy Komorowski spotykał się z ukraińskimi liderami, od Janukowycza do Poroszenki. Oprócz tego, podczas wizyt na Ukrainie polski prezydent zawsze znajdował czas na spotkanie, nie tylko z przedstawicielami władz, ale także opozycji. Niejednokrotnie spotykał się z ukraińskimi opozycjonistami w Warszawie. Prezydent Polski do ostatniego momentu namawiał byłego ukraińskiego prezydenta do tego, aby nie schodził z drogi europejskiej integracji. To właśnie prezydent Komorowski alarmował, gdy reżim Janukowycza próbował siłą zdusić Majdan i gdy Rosja rozpoczęła agresję przeciwko Ukrainie. W kwestiach wspólnej historii Polski i Ukrainy, szczególnie w kwestii Wołyńskiej Tragedii, obecny prezydent nawoływał do szukania porozumienia nawet po tym, gdy w dniu jego wystąpienia w Radzie Najwyższej 9 kwietnia 2015 roku deputowani uznali żołnierzy UPA za „walczących o niepodległość Ukrainy”, a których Polacy jednoznacznie traktują negatywnie i z wrogością.

W kampanii wyborczej 2015 roku Bronisław Komorowski stosunkowo realnie ocenia swe prezydenckie prerogatywy, jako stojącego na czele parlamentarno – prezydenckiej republiki, dlatego główny akcent stawia na wzmocnienie obronności Polski oraz ściślejsze relacje z NATO. „Kluczowym jest dla nas kontekst wydarzeń za nasza wschodnią granicą. Prezydent Bronisław Komorowski we współpracy z rządem Polski cały czas wspiera pragnienie Ukrainy do zbliżenia ze strukturami Unii Europejskiej i NATO” – czytamy w programie kandydata Komorowskiego.

Kandydaci „Ukraino-pesymiści” – przegrani?

Drugą sensacją pierwszej tury wyborów stał się kandydat niezależny, znany muzyk i działacz samorządowy Paweł Kukiz, na którego zagłosowało 20.8% wyborców, co uplasowało go na trzecim miejscu. Kandydata, który swymi piosenkami, w tym także w języku ukraińskim, wspierał demonstrująych przeciwko reżimowi Janukowycza na Majdanie i woził na Ukrainę kamizelki kuloodporne, jeszcze do niedawna można było uważać za „ukraino-optymistę”. Jednak kilka miesięcy temu jego stosunek do wschodniego sąsiada uległ zmianie. Umiejscawiając siebie jako niezależnego „pozasystemowego  kandydata” o konserwatywnym kierunku, Kukiz głosił wspieranie Ukrainy, jednak wypowiadał się przeciwko udzielaniu Kijowowi uzbrojenia. „Kamizelki kuloodporne – tak, karabiny Kałasznikowa – nie” – mówił polityk. Dodatkowo Kukiz ostro krytykował politykę historyczną Kijowa, szczególnie uznanie UPA za formację walczącą o niepodległość Ukrainy.

Właśnie o elektorat Kukiza rozpoczęła się walka w drugiej turze prezydenckiej kampanii. Jednak sam polityk oświadczył, że nie wspiera ani Dudy, ani Komorowskiego, ponieważ ci dwaj politycy oraz ich partie reprezentują stary system z którymi Kukiz walczy.

Na czwartym miejscu uplasował się ultraprawicowy kandydat, deputowany Parlamentu Europejskiego, a jednocześnie „eurosceptyk”, lider partii  – Koalicja Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja (KORWiN) – Janusz Korwin-Mikke (3,26% głosów w pierwszej turze). Nie krył on, że najlepszym sąsiadem dla Polski byłaby słaba, skorumpowana Ukraina, taka, jak za prezydentury Wiktora Janukowycza. Antyunijny i antyamerykański polityk, który, jak wydaje się, budzi największe kontrowersje nad Wisłą, nazywa obecną Ukrainę „potencjalnym wrogiem” , a USA – państwem które chce rozpocząć trzecią wojnę światową. Uznaje Krym za rosyjskie terytorium, Putina za cudownego lidera, który nawet „byłby dobrym prezydentem Polski”. Kulminacją sprzecznych wypowiedzi Korwina – Mikke było „odkrycie tajemnicy” dla rosyjskich mediów o tym, że w lutym 2014 roku na kijowskim Majdanie strzelali „polscy snajperzy”, a sama Rewolucja Godności – to „nasza (Zachodu-red.) robota”.

Za główną „przegraną” pierwszej tury można uważać kandydatkę Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD) Magdaleny Ogórek (2,38%) – piąte miejsce to najgorszy wynik lewicy w całej historii demokratycznej Polski. 36 – letnia doktor nauk historycznych, chociaż potępiała rosyjską agresję na Ukrainie, była jednak otwartą przeciwniczką udzielenia Ukrainie broni, a także głosiła potrzebę „normowania polsko – rosyjskich relacji”, które pogorszyły się drastycznie w ciągu ostatnich dwóch lat. Symboliczną była także wypowiedź Ogórek o tym, że jako prezydent „nie zawahałaby się i wzięła słuchawkę i osobiście zatelefonowała do Władimira Putina”.

O fotel prezydenta Polski walczyło 11 kandydatów, jednak poparcie większości z nich, w tym marszałka województwa świętokrzyskiego Adama Jarubasa z rządzącego Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) oraz niegdyś bardzo popularnego posła Janusza Palikota – lidera Twojego Ruchu, nie przewyższyło nawet 2%.

Wszystkie „kropki nad i” w kwestii stosunku polskich partii politycznych do Ukrainy jako państwa – sojusznika i do ukraińskich migrantów w Polsce postawi następna kampania – przed wyborami do parlamentu, które odbędą się w październiku. Tegoroczna jesień będzie więc bardzo gorąca, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę rezultaty pierwszej tury wyborów prezydenckich. Pozycja Platformy Obywatelskiej, która dwa razy z rzędu wygrywała parlamentarne wybory, okazała się nie aż tak nienaruszalna. Natchniony zwycięstwem opozycyjny PiS już szykuje się do rewanżu za przegrane w latach 2007 i 2011. Zniszczenie „systemu dwupartyjnego” obiecuje konserwatywny Paweł Kukiz, który już zapowiada zwycięstwo w wyborach parlamentarnych swej jeszcze nie utworzonej siły politycznej. Do Sejmu chce trafić także ultraprawicowa partia Janusza Korwina – Mikke. A więc, wszystko wskazuje na to, że za kilka miesięcy, po zaciekłej walce, rozkład politycznych sił w Polsce może się kardynalnie zmienić.

Andrij SZEREMET

Share.