„Ukraiński” Kuroń

0

Dwanaście lat temu, w czerwcu 2004 roku, zmarł Jacek Kuroń – jeden z najlepszych przyjaciół Ukraińców i Ukrainy w polskiej polityce. Przekonywał, że zbliżenie dwóch państw zaczyna się na własnym podwórku – od obrony praw mniejszości narodowych.   

O znaczeniu i fenomenie postaci Jacka Kuronia Związek Ukraińców w Polsce przypomina praktycznie co roku. Tym razem, na początku czerwca, w ukraińskim Domu Narodowym w Przemyślu zorganizowano spektakl „Tytani Ducha. Iwan Franko. Jacek Kuroń”, a następnie, w Teatrze Polskim w Warszawie, odbyła się debata „Jacek Kuroń i Ukraina”. Redaktor Gazety Wyborczej, Seweryn Blumsztajn, powiedział podczas debaty, że Jacek Kuroń tak bardzo chciał być Ukraińcem, że uwierzył, że nim jest. Podczas spotkań, teksty Jacka Kuronia czytał znany aktor Andrzej Seweryn. Polityka wspominali także ci, którzy mieli zaszczyt z nim współpracować.

Jacek Kuroń urodził się we Lwowie. W czasach komunistycznej Polski stał się jednym z liderów opozycji, a po przemianach demokratycznych został ministrem pracy i polityki społecznej. W ukraińskim kontekście należy przypomnieć, że był honorowym gościem zjazdu założycielskiego Związku Ukraińców w Polsce, pomagał gasić antyukraińskie nastroje, był na Łemkowskiej Watrze w Żdyni. To właśnie Jacek Kuroń pod koniec lat 80-tych wyszedł z inicjatywą apelu polskich intelektualistów o pomoc w budowie internatu przy ukraińskiej szkole w Białym Borze. W ramach rozmów opozycji z komunistycznymi władzami przy „okrągły stole” w 1989 roku wspierał utworzenie komisji do spraw współpracy z mniejszościami, która przekształciła się później w Sejmową Komisję do Spraw Mniejszości Narodowych, a Jacek Kuroń był jej wieloletnim przewodniczącym. Zapoczątkował także wyjazdowe posiedzenia komisji, aby nie w teorii, ale praktyce zajmować się problemami mniejszości w miejscach ich zamieszkania. Za kadencji Jacka Kuronia odwiedzała ona, zarówno łemkowskie wsie na południu, jak i ukraińskie szkoły na północy kraju. Biorąc udział w takich spotkaniach, polityk bardzo szybko niwelował dystans – przechodził na „ty” i zawsze szukał konkretnych rozwiązań. Nie obiecywał rozwiązania problemów, ale je rozwiązywał. Gdy w latach 90-tych polskie radykalne środowiska próbowały, przy pasywnej postawie lokalnych władz, zablokować przeprowadzenie w Przemyślu Festiwalu Kultury Ukraińskiej, Jacek Kuroń był gotów przenieść go do Warszawy. Impreza odbyła się jednak w końcu w zaplanowanym miejscu, ale szybkość reakcji i gotowość Jacka Kuronia ukraińscy liderzy wspominają po dziś dzień. Najprawdopodobniej, jednym z rezultatów jego aktywności było umieszczenie w 1989 roku na listach wyborczych „Solidarności” prof. Włodzimierza Mokrego, który został pierwszym po przemianach demokratycznych  ukraińskim posłem. Należy podkreślić, że w kampanii wyborczej prof. Mokrego nie ukrywano jego narodowości. Jacek Kuroń wspierał takie podejście, przekonując, że ukraińskość ma prawo do istnienia w przestrzeni publicznej i nie można wprowadzać jej „tylnymi drzwiami”.

Przekonanie o potrzebie szczególnego statusu dla mniejszości narodowych wyjaśniał w wywiadzie dla jednej z polskich gazet, mówiąc: „Na przejściach przez jezdnie muszą być specjalne przejazdy, aby osoby, które przemieszczają się na wózkach inwalidzkich, mogły przemierzyć przez ulicę. Czy jest to ich przywilej? Ależ skąd – oni po prostu chcą przemieszczać się tak samo, jak ci, którzy mają zdrowe nogi. W przypadku mniejszości jest dokładnie tak samo”.

Jedną z najbardziej ostrych, w ocenie Jacka Kuronia, była kwestia upamiętnienia ofiar polsko – ukraińskiego konfliktu, szczególnie z okresu II Wojny Światowej.  Mówił, że obie strony mają prawo na godne upamiętnienia, a po obu stronach granicy mają one powstawać „bez gniewu”: „Chciałbym, aby zbliżenie między naszymi narodami odbywało się przez ich rzeczywiste pokrewieństwo, a nie polityczną docelowość” – mówił w 2001 roku w wywiadzie dla  tygodnika Ukraińców w Polsce „Nasze Słowo”. Publicznie wspominając o zbrodniach Ukraińców, nie ukrywał polskich win. Jacek Kuroń zawsze, nawet w najtrudniejszych momentach, szukał punktów zbliżenia. Cieszył się ze wspólnych konferencji naukowych, gdy potomkowie deportowanych w ramach akcji „Wisła” Ukraińców rozmawiali z członkami Armii Krajowej, którzy walczyli przeciwko Ukraińcom na Wołyniu. Nie miał wątpliwości, że krzywdy zadane po obu stronach są faktem, ale nie można ich zmierzyć i porównać. Nie zaprzeczał, że na Wołyniu zginęło więcej Polaków niż Ukraińców, ale przypominał także, że w regionie przemyskim, Chełmszczyźnie i Zamojszczyźnie, gdzie Polacy stanowili większość, tragiczny bilans był odwrotny.

Wiadomo,  że dla Ukraińców i Polaków koniec II Wojny Światowej oznaczał wejście w lata komunizmu, który zamroził dyskusje w wielu tematach. Dlatego niełatwo budować relacje na nowo, ale Jacek Kuroń zawsze podejmował to wyzwanie. Wiedział, że powstanie niepodległa Ukraina, dlatego zainicjował kontakty polskich i ukraińskich opozycjonistów. W Ukrainie jako partnerów do dialogu znalazł, między innymi, w osobach Bohdana i Mychajła Horyniów, Wiaczesława Czornowiła, Jewhena Swerstiuka. Zdawał sobie sprawę, że Polsce nie zagraża nic z Zachodu, a wprost przeciwnie – tam jest źródło jej rozwoju i siły. Niebezpieczeństwo, według jego oceny, leżało na Wschodzie, a brało się z imperialnych ambicji Moskwy. Chociaż Ukrainę Kuroń szczerze lubił, jednak pragmatycznie zdawał sobie także sprawę, że pochłonięcie jej przez Rosję będzie stanowić zagrożenie dla Polski. Dlatego zawsze żałował, gdy głos grupy manipulującej przy temacie skomplikowanej polsko – ukraińskiej przeszłości stawał się głośniejszy, niż ten, który płynął ze strony zwolenników porozumienia. Obecnie, gdy widać jak polskie władze „okopują” się w swym postrzeganiu historycznej przeszłości i w sejmowych uchwałach chcą mówić jedynie o ukraińskich winach, głosu Jacka Kuronia brakuje szczególnie …

Grzegorz SPODAREK

Share.