7 lipca Polska wprowadziła tymczasowe kontrole graniczne z Litwą i Niemcami. Rząd Donalda Tuska odpowiedział na zarzuty prawicowej opozycji, że jest bierny wobec „inwazji nielegalnych migrantów” z Zachodu. Choć na granicach Schengen nie ma tłumów cudzoziemców, polski mainstream polityczny coraz bardziej ulega antyimigracyjnej histerii. Dziś jest ona skierowana przeciwko muzułmanom, ale jutro może stać się niebezpieczna również dla Ukraińców.
Gdy cztery lata temu na polsko-białoruskiej granicy rozpoczynał się kryzys migracyjny, wywołany działaniami białoruskiego reżimu, zmierzającymi do destabilizacji sytuacji w Polsce i Unii Europejskiej, w celu zmarginalizowania głosów obrońców praw człowieka ówczesny rząd PiS zainicjował akcję „Murem za polskim mundurem”. Był to cykl koncertów, wieców, ofensyw hasztagowych, w ramach których komentatorzy podziwiali działania polskich funkcjonariuszy straży granicznej i wojskowych, którzy wbrew międzynarodowym zobowiązaniom nie przyjmowali wniosków o nadanie statusu uchodźcy od osób ubiegających się o azyl. Krytykowali też – bądź za naiwność, bądź za rzekome działania agenturalne – aktywistów, którzy, choć uznawali, że kryzys migracyjny jest wywoływany sztucznie, domagali się rozpatrywania spraw uchodźców zgodnie z Konwencją Genewską.
Po krótkim okresie wątpliwości, już pod koniec 2021 roku 77% Polaków wypowiedziało się przeciwko przyjmowaniu migrantów, którzy przekraczają białoruską granicę i proszą o azyl, solidaryzując się z działaniami służb.
W 2025 roku nawet pośród polskiej prawicy darmo szukać obrońców pograniczników i policjantów, którzy monitorują sytuację na granicy polsko-niemieckiej. Podjudzani przez wypowiedzi polityków PiS i Konfederacji młodzi mężczyźni i emeryci obojga płci przyłączają się do „Ruchu Obrony Granic”, który ma chronić Polskę przed „inwazją nielegalnych migrantów” z Niemiec.
Chociaż statystyki polskiego i niemieckiego ministerstwa spraw zagranicznych dowodzą, że większość cudzoziemców zawracanych przez niemiecką policję lub straż graniczną to Ukraińcy, którzy mają zezwolenie na pobyt w Polsce, ale nie mogą podróżować poza jej granice, a polscy i niemieccy dziennikarze mówią o pojedynczych migrantach z krajów pozaeuropejskich, którym Niemcy nie pozwolili na wjazd, to jednak polskie życie polityczne dostało gorączki pod wpływem obrazków „cudzoziemców, którzy zagrażają naszemu stylowi życia”.
Migracja stała się w ostatnich latach dla Polaków tematem drażliwym, nawet w przypadku Ukraińców, których do niedawna większość uznawała za bliskich kulturowo sąsiadów i przyjmowała w swoich domach. Obecnie 56% Polaków uważa, że po zakończeniu wojny mają powrócić do domu. 88% wspiera niehumanitarny pomysł ograniczenia świadczeń rodzinnych 800 + uchodźczyniom, które nie pracują i nie płacą w Polsce podatków.
Choć migracja ma pozytywny wpływ na polską gospodarkę i demografię, to dlaczego lęki typu – „przyjadą i zabiorą nasz kraj”, stają się bardziej realne niż to, co widzą na ulicach?
Jeśli fakty nie potwierdzają mojego zdania, tym gorzej dla faktów
Na początku czerwca w Polsce odbyła się prezentacja badania UNHCR i Deloitte na temat wpływu ukraińskich uchodźców na polską gospodarkę. Te szanowane instytucje udowodniły, że w 2024 roku Ukraińcy posiadający PESEL UKR, dzięki płaconym podatkom oraz zakupionym towarom i usługom, wypracowali 2,7% wzrostu polskiego PKB. A więc Polska nie traci na ich obecności w kraju, a zarabia!
A jakie były typowe komentarze pod tym badaniem w mediach społecznościowych? „Źle policzyli”, „Propaganda”, „Nawet jeśli to prawda – i tak wydaliśmy na Ukrainę więcej, 100/200/dużo miliardów złotych”.
Kolejny przykład – dane polskiej Policji, opublikowane w trakcie kampanii prezydenckiej wykazały, że zgodnie ze statystykami cudzoziemcy w Polsce rzadziej łamią prawo niż sami Polacy. Nie zapobiegło to wybuchowi kampanii nienawiści w mediach społecznościowych i pod jej wpływem uruchomieniu przez rząd propagandowej kampanii deportacji, która szczególnie dotknęła obywateli Gruzji.
W tym samym czasie Zakład Ubezpieczeń Społecznych potwierdził, że cudzoziemcy płacą więcej składek na ubezpieczenia społeczne, niż z nich korzystają i to właśnie z ich składek finansuje się trzynastą emeryturę polskich emerytów. Wygląda jednak na to, że Polacy albo nie dostrzegają tej informacji, albo nie traktują jej poważnie. Migracja – czy to zarobkowa, czy uchodźcza – nie jest już przedstawiana wyłącznie jako zagrożenie nie tylko przez polityków skrajnie prawicowej Konfederacji i konserwatywnego PiS, ale także przez partie rządzącej koalicji, które zwykły do pozycjonowania się jako liberałowie i chadecy. Nawet lewica nie próbuje już powstrzymać tej histerii.
A histeria jest – odzwierciedla się we wzroście nastrojów antyimigranckich w sondażach, we wzroście nienawiści, z jaką obcokrajowcy spotykają się na ulicach każdego dnia (wśród moich znajomych nie ma ani jednej osoby, która w ostatnich miesiącach nie zetknęłaby się w przestrzeni publicznej z przypadkiem przemocy słownej lub braku szacunku), w marszach przeciwko migracji, w powstaniu „Ruchu Ochrony Granic”, który wzywa obywateli do walki z migracją i wielokulturowością, podważając państwowy monopol na przymus i kontrolę.

Zjawiska te można częściowo wyjaśnić paneuropejskimi trendami: migracja jest przedmiotem troski absolutnie we wszystkich krajach w Europie Zachodniej, a ze względu na globalizację przestrzeni informacyjnej nie dziwi fakt, że informacje z USA czy Francji są świadomie lub podświadomie ekstrapolowane na Polskę.
Wpływ na to ma również brak polityki integracyjnej czy to za czasów PiS, czy Koalicji 15 Października. Wzrost społeczności migrantów z kilkudziesięciu tysięcy do 2,5 miliona w ciągu zaledwie dekady nie mógł nie odbić się na polskim społeczeństwie, a ze względu na brak edukacji publicznej na ten temat i wspólnych działań adaptacyjnych, Polacy odczuwają niepokój i niepewność, są więc bardziej podatni na prowokacje i fejki.
Być może główną tego przyczyną jest to, że nastroje antyimigranckie stały się nie tylko jedną z idei, ale wręcz ideą przewodnią wszystkich sił prawicowych w Polsce, które utożsamiają wrogość wobec obcokrajowców z byciem polskim patriotą. Pisze o tym w swojej najnowszej książce Peter Pomerantsev: nie chodzi o fakty, lecz o tożsamość, o model świata, w którym ludziom wygodnie jest żyć. W czasach, gdy porządek świata się wali, amerykańskie wielkie firmy technologiczne jawią się jako niezwyciężeni tytani, którzy trzymają wszystko pod kontrolą, a świat z roku na rok się nagrzewa, ludziom brakuje poczucia porządku. „Pokazanie ich miejsca” obcokrajowcom często staje się niemal jedynym możliwym wspólnym działaniem, jakie ludzie mogą sobie wyobrazić.
Tym bardziej, że politycy chętnie proponują takie rozwiązania.
Ogon kręci psem
Chociaż polski rząd chwali się, że zwiększył skuteczność muru na granicy z Białorusią do 98%, dziesiątki i setki osób ubiegających się o azyl, głównie z krajów azjatyckich i afrykańskich, nadal przedostają się tą drogą do Unii Europejskiej. Większość z nich udaje się do Niemiec. Początkowo Niemcy odsyłały ich do Polski w dwóch procedurach: deportacji na mocy Konwencji Dublińskiej, która zobowiązuje uchodźców do ubiegania się o azyl w pierwszym bezpiecznym kraju lub readmisji. Jednak w ostatnich miesiącach Berlin wprowadził punktowe kontrole graniczne, a miejscowa policja zaczęła stosować osławioną praktykę pushback (polegającą na wypychaniu migrantów przez granicę bez przyjęcia ich wniosku o azyl).
Od początku tego roku w ramach oficjalnych procedur z Niemiec do Polski odesłano 314 cudzoziemców. Liczbę osób, które zostały „wypchnięte”, trudno oszacować, ale najprawdopodobniej sięga setek. Nieoficjalna strategia Polski w tym przypadku polegała na ignorowaniu problemu i czekaniu, aż obcokrajowcy ponownie spróbują przedostać się do Niemiec (jak tu nie wspomnieć o „mojej chacie z kraja”). Trudno nazwać takie rozwiązanie etycznym, ale w ten sposób polskie władze zrobiły wszystko, aby problem ten znów stał się problemem Niemców.
Tak, prawdopodobnie, by to pracowało, gdyby tej zimy polski nacjonalista Robert Bąkiewicz – współorganizator prawicowych Marszów Niepodległości i organizacji bliskich byłemu rządowi PiS – nie powołał „Ruchu Ochrony Granic”. Ta inicjatywa zadeklarowała swój cel jako walkę z nielegalną migracją do Polski, obcymi wpływami w Polsce, wielokulturowością i Centrami Integracji Cudzoziemców. Choć początkowo jego członkami było kilkudziesięciu młodych ludzi, to aktywność ruchu w mediach społecznościowych zrobiła wrażenie. Zwłaszcza że szybko zaczęła go wspierać Konfederacja.

W maju Bąkiewicz zorganizował w Warszawie marsz przeciwko migrantom, w którym wzięło udział kilkaset osób, głównie emerytów i rencistów i wraz z „obywatelskim patrolem” próbował w jednym z miast pod Warszawą zorganizować kontrolę dokumentów gruzińskich pracowników. W czerwcu wezwał „wszystkich zatroskanych patriotów” do udania się na granicę z Niemcami, ponieważ „pasają” tam „hordy nielegalnych imigrantów” podrzucanych Polakom przez niemieckich strażników granicznych. 29 czerwca około 200 młodych mężczyzn, wśród nich – w ubraniach z neonazistowskimi symbolami, zgromadziło się w Zgorzelcu, na moście łączącym go z niemieckim Görlitz. Żądali przed niemieckim patrolem policyjnym powstrzymania nielegalnej migracji do Polski. Mniejsze manifestacje odbyły się w innych przygranicznych miastach.
Na granicę jako pierwszy udał się jeden z liderów Konfederacji, wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak. Następnie udali się tam politycy PiS, między innymi lider partii Jarosław Kaczyński. Podczas konferencji prasowej 6 lipca ten ostatni zarzucił rządowi nieudolność i mówił o tym, jak cudzoziemcy mogą zalać Polskę. „To nie jest tylko kwestia imigracji, nielegalnej imigracji czy związanych z tym zagrożeń. To kwestia suwerenności, niepodległości Polski. Proponujemy projekt ustawy, która umożliwi ministrowi spraw wewnętrznych przyjęcie listy państw, których obywateli nie wpuścimy na nasze terytorium” – powiedział Kaczyński i obiecał zebranie podpisów pod referendum w sprawie działań Niemiec na granicy.
Co warte uwagi, polska prawica nie tylko oskarża Berlin o zawracanie tych, którzy przekroczyli granicę polsko-białoruską lub litewsko-białoruską i przybyli tranzytem przez Polskę. Rozpowszechniają niepotwierdzoną tezę, że w ten sposób Niemcy pozbywają się tych, którzy zostali zaproszeni już w 2016 roku i w Polsce nigdy nie byli.
I chociaż do tej pory nie ma żadnego niezależnego potwierdzenia, że sytuacja na miejscu jest napięta, jednak kilkaset osób z symbolami narodowymi, którzy postanowili kontrolować samochody na granicy i tysiące w sieciach zmusiły rząd do wprowadzenia tymczasowej kontroli na granicy z Niemcami i Litwą. PiS i Konfederacja nazywają „obrońców granic” elitą polskiego narodu, ich działania pochwala nowo wybrany prezydent Karol Nawrocki . Bąkiewicz nawołuje do tworzenia takich patroli i kontrolowania „nielegalnej migracji” na terytorium całej Polski.
Chociaż samozwańcze kontrole i kampania nienawiści polskiej prawicy są jak na razie skierowana przeciwko obywatelom krajów Bliskiego Wschodu i Afryki, jedank te antyimigranckie praktyki są potencjalnie groźne również dla Ukraińców. Po pierwsze, miało to już miejsce w 2015 roku podczas kryzysu migracyjnego, kiedy PiS straszył Polaków uchodźcami – muzułmanami, ale stosunek Polaków uległ pogorszeniu do wszystkich cudzoziemców. Po drugie, Bąkiewicz był jednym z współorganizatorów blokady polsko – ukraińskiej granicy w 2023 roku. Możliwe, że powróci do tego tematu. Po trzecie, wprowadzenie pod presją prawicy i skrajnej prawicy kontroli granicznych to kolejny przykład podążania rządu Tuska w kwestiach migracyjnych tropem Konfederacji, ignorując fakty i zdrowy rozsądek.
Zamiast trudnych reform, które mogłyby przywrócić choć odrobinę popularności tracącemu poparcie premierowi, Tusk wybrał tanie posunięcie – straszenie Polaków obcokrajowcami, którzy rzekomo ingerują w ich styl życia. Stąd bierność rządu, gdy prawica blokuje otwarcie Centrów Integracji Cudzoziemców . Z tego wynika zablokowanie projektu, skierowanego na integrację dzieci-migrantów w polskich szkołach.
Dzieje się tak wbrew wynikom badań politologów w różnych krajach, które wskazują , że kiedy partie centrowe zaczynają zapożyczać retorykę skrajnej prawicy, tylko ją wzmacniają. Wydaje się, że straszenie migrantami to właśnie recepta Koalicji Obywatelskiej na wybory w 2027 roku. Polaków przekonują obecnie argumenty ekonomiczne. Jak pokazuje, przeprowadzone w marcu badanie More in Common”, 45% Polaków zgadza się na obecność migrantów, aby utrzymać obecny poziom rozwoju i świadczeń socjalnych, a 27% jest gotowych zrezygnować z zysków, aby tylko nie oglądać obcokrajowców. Jednak przy takiej antyimigracyjnej propagandzie, w najbliższej przyszłości te wskaźniki z pewnością się pogorszą.
Olena Babakowa