Mit, który podzielił Polskę

0

Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim/
Матеріал також можна прочитати українською мовою

Aneta Prymaka-Oniszk

Od kilku lat pod koniec stycznia zaczyna się dla nas smutny czas. Przypomina szarpanie ran, które wydawało się, że już przyschły, może nawet się zabliźniły. Trwa do połowy marca; wtedy trochę przycicha.

Koniec stycznia mocno wrył się w pamięć prawosławnych mieszkańców Podlasia. 29 stycznia 1946 oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzony przez Romualda Rajsa ps. Bury wkroczył do wsi Zaleszany. Partyzanci (współczesne polskie władze mówią  o nich: żołnierze wykleci, okoliczni mieszkańcy –  bandyci) kazali mieszkańcom zgromadzić się w jednym z domów, po czym go zamknęli i podpalili. Zaczął się koszmar, strzelanina, wkrótce zapłonęła cała wieś. Tego dnia zginęło tu 16 osób. W kolejne dni oddział „Burego” palił kolejne wsie: Wólkę Wygonowską, Zanie, Szpaki, Końcowiznę i strzelał do bezbronnych ludzi, często kobiet  i dzieci. Oddział Burego uprowadził też furmanów – chłopów z pobliskich wsi, którzy na polecenie gminy jechali  po drewno. Katolików  puszczono  wolno, 30 prawosławnych chłopów rozstrzelano.

Oddział Burego zamordował tu w sumie  79 cywilów (najmłodsza ofiara miała 7 dni); wszyscy byli wyznania prawosławnego i uważano ich za Białorusinów. Instytut Pamięci Narodowej, zajmujący się badaniem i dokumentowaniem najnowszej historii Polski,  w 2005 roku orzekł, że Oddział „Burego” w styczniu i lutym 1946 r. mordował mieszkańców Podlasia, tylko dlatego że byli Białorusinami wyznania prawosławnego. I że jego  czyny noszą znamiona ludobójstwa.

Rocznicę tych zbrodni do niedawna obchodzono po cichu. Rodziny tych, co zginęli i tych, co przeżyli, spotykały się w odbudowanych wsiach, na panichidzie przy wioskowym krzyżu. W programach białoruskiej mniejszości nadawano audycje, pojawiły się wspomnieniowe artykuły. Zaleszany stały się symbolem . W wielu innych prawosławnych miejscowościach Białostocczyzny po wojnie ktoś zginął z rąk podziemia, był to więc czas symbolicznej żałoby także dla potomków innych ofiar. Poza „mniejszościowe” środowisko praktycznie to nie wychodziło; nikt poza nim i garstką specjalistów-historyków o zbrodni nie wiedział. Gdy jeszcze kilka lat temu wspominałam o niej swoim warszawskim znajomym, nie bardzo wiedzieli, czy mi wierzyć, czy to jakaś męczeńska legenda mniejszości narodowych czy wyznaniowych.

AP.ART

Kilka lat temu jednak w Polsce zaczęto budować mit „żołnierzy wyklętych”. Termin stworzyła w 1993 roku grupa radykalnej młodzieży prawicowej na określenie tych, którzy nie złożyli broni po „wyzwoleniu” Polski przez Sowietów i ustanowieniu tu władzy komunistycznej. Część historyków od  początku krytykowała ten termin jako twór polityczny: do jednego worka wrzucono tu zgrupowania mające przeciwstawną wręcz wizję Polski, często ze sobą skłóconych a nawet zbrojnie się zwalczające.  Zwracali też uwagę, że część podziemnych oddziałów w trudnych powojennych warunkach szybko się demoralizowała i ma na swoim koncie zbrodnie na cywilach, zwłaszcza na mniejszościach narodowych: Ukraińcach, Białorusinach, Litwinach i Żydach, którym udało się przetrwać Holocaust.

Mit ukuty przez radykalną młodzież prawicową podchwyciła władza, zwłaszcza gdy przejęły ją ugrupowania obecnie rządzące, z Prawem i Sprawiedliwością na czele. Jednym z filarów jej polityki stało się „wstawanie z kolan”. Największymi bohaterami zostali „żołnierze wyklęci”, z których – wbrew faktom – uczyniono  szlachetnych rycerzy, którzy wywalczyli Polsce wolność. I – co ciekawe – na sztandary zaczęto wynosić postaci najbardziej obciążone zbrodniami na mniejszościach narodowych, w tym właśnie Burego.

AP.ART

W białostockim oddziale Telewizji Polskiej w rocznicę zbrodni w Zaleszanach słyszymy więc peany na cześć Romualda Rajsa „Burego”. A że przy okazji jego „walki o wolną Polskę” zginęło przypadkowe białoruskie dziecko? No cóż – słyszymy – winni są jego rodzice, którzy na pewno kolaborowali z komunistami. Że to kłamstwo, że żadne źródła tego nie potwierdzają? W telewizji publicznej w ostatnich latach takie rzeczy stały się niemal codziennością. 

Od czterech lat w Hajnówce w lutym nacjonalistyczna młodzieżówka ONR organizuje marsz ku czci wyklętych, a w ostatnich dwóch latach – konkretnie ku czci Romualda Rajsa Burego. Do miasteczka, w którym do dziś żyją potomkowie ofiar Burego i tych, którym udało się wtedy  przeżyć, zjeżdżają narodowcy i „kibice” z całej Polski, by iść środkiem miasta i krzyczeć: „Bury, Bury masz bohater”. Oraz „Wielka Polska katolicka” – w mieście zamieszkałym w większość przez miejscową ludność prawosławną

1 marca takie marsze idą przez wszystkie większe miasta w Polsce. Tego dnia id 2011 roku obchodzony jest Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Oprócz wyżej wymienionych haseł brzmią inne nacjonalistyczne, ksenofobiczne, antyuchodźcze.

Żadne inne święto nie podzieliło mieszkańców dzisiejszej Polski tak silnie, jak ów  Dzień Żołnierzy Wyklętych. Część z tych, którzy nie zgadzają się z taką wizją Polski,  próbują owe marsze nienawiści zatrzymać (choć policja brutalnie ich rozpędza).  Oni zresztą przyjeżdżają także wspierać mieszkańców Hajnówki podczas marszu ONR. Za co ja i środowiska mniejszościowe jesteśmy im ogromnie wdzięczni. Czujemy, że nie jesteśmy tak zupełnie sami.  I że podział we współczesnej Polsce nie biegnie wzdłuż podziałów narodowo-wyznaniowych.

Po tych kilku latach wszyscy z moich warszawskiej znajomych wiedzą, kim jest Bury. Słaba to jednak satysfakcja.

Aneta Prymaka-Oniszk

Zdjęcia: AP.ART

Share.