Nie można siedzieć w domu, gdy giną ludzie

0

Denys Wierkowskij – 34 letni budowlaniec z Berdyczowa to jeden z rannych na Majdanie, który trafił na leczenie do Polski.

Podczas tragicznych wydarzeń, w nocy z 18 na 19 lutego, był jednym z pierwszych, którego trafiły milicyjne kule. Razem z grupą innych rannych, do Polski przybył na pokładzie samolotu ministra spraw zagranicznych RP Radosława Sikorskiego. Odłamki kuli trafiły Denysa w prawe oko, w którym stracił wzrok. Ranny przeszedł kilka operacji w warszawskich szpitalach. Dodatkowo, jeden z odłamków zatrzymał się między okiem, a mózgiem, co wymagało przeprowadzenia operacji jego usunięcia. Tego zadania podjęli się lekarze z Kliniki Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Unikalna operacja trwała dziewięć i pół godziny i zakończyła się sukcesem – odłamek śruta usunięto. Denis, podobnie jak wielu innych Ukraińców, zaznał losu migranta – jeździł „na zarobki” do Hiszpanii i Portugalii oraz innych krajów. Zanim poszedł na Majdan, niezbyt emocjonował się polityką. O wydarzeniach, które zmieniły jego życie, rozmawiał ze Sławomirem Sawczukiem z Polskiego Radia Białystok.

Sławomir SAWCZUK: Kiedy i dlaczego zdecydował się Pan pójść na Majdan?

Denis WIERKOWSKIJ: Ta myśl przyszła mi do głowy dopiero wówczas, gdy zaczęli ginąć ludzie. Wcześniej sceptycznie odnosiłem się do polityki i takich wydarzeń. Mając w pamięci Majdan 2004 roku i to, czym faktycznie się zakończył, myślałem, że drugi Majdan właściwie nie może się wydarzyć. Gdy zobaczyłem, jak poważna jest sytuacja, zrozumiałem, że nie mogę dłużej siedzieć w domu. Gdy gdzieś giną ludzie – trzeba coś z tym robić. Poszedłem po prostu do mego kolegi i zdecydowaliśmy się iść na Majdan właśnie w tym czasie, gdy sytuacja stała się bardzo ciężka. Mijały nas karetki, cały czas wywożąc, faktycznie, zabitych już ludzi. Wówczas, w jednym dniu straciliśmy 25 osób. Co tu dużo mówić – to najbardziej wpłynęło na moją decyzję.

Gdy oglądaliśmy te wydarzenia mieliśmy jakby obraz wrót piekła: ogień, strzelanina, zabici i ranni. Jak tam na miejscu odczuwaliście tę sytuację? Czy mieliście w ogóle możliwość jakiejś refleksji? 

Pracuję w budownictwie, a na budowie często przydarzają się różne rzeczy. Gdy trafiłem na Majdan, przypominał mi czemuś taki plac budowy – gdy ludzie w zorganizowany sposób rozwiązują wspólnie jakieś kwestie, nie zważając na to, że wokół latają kule i wybuchają granaty.  Dziwiło mnie nawet, że panuje tam taka zwyczajna robocza sytuacja. Ktoś łupał bruk, ktoś przynosił benzynę – jednym słowem, wszyscy byli czymś zajęci, nie było czasu na myślenie, na strach – wszyscy robili, co mogli.

Oficjalna rosyjska propaganda tworzyła wówczas taki obraz, że na Majdanie są rzekomo jedynie „zapadeńcy”, czyli ludzie z zachodnich regionów Ukrainy. Jak było w rzeczywistości?

Mogę odpowiedzieć w taki sposób – nawet w szpitalu, w którym leżałem, wśród pacjentów najbardziej „zachodni” byli z winnickiego obwodu. W niektórych sotniach najbardziej „zachodnim” był chłopak z Chmielnicczyzny. Była tam cała Ukraina. Zarówno wschodnie regiony, chłopaki z Krymu, którzy także leczyli się w Warszawie, był tam osiemnastoletni chłopak z Krymu. A więc mówienie o tym, że byli tam wyłącznie „zapadeńcy” – to mit – były tam wszystkie regiony. Było także wiele mieszkańców Kijowa.

A w jakim wieku byli tam ludzie, była to przeważnie młodzież, czy ludzie podeszłego wieku?   

W naszym szpitalnej sali ogólnie były takie duże różnice wiekowe. Najmłodszy miał lat 18, a najstarszy 77. Tak samo było na Majdanie. Młodzieży było oczywiście najwięcej, bo przecież rewolucja to sprawa ludzi młodych. Zdziwiło mnie, że nawet w naszych bojowych oddziałach było wiele dziewcząt, które miały 18-20 lat. Można powiedzieć, że nasza młodzież zdała egzamin.

Co czuł Pan do ludzi, którzy stali po drugiej stronie barykady? 

Jak to powiedzieć? Jakichś ostrych emocji nie miałem. Po prostu, zdawałem sobie sprawę z tego, że musimy utrzymać ten kawałem ziemi, przestrzeni życiowej, którą nam zostawiła jeszcze władza. Jeśli ją poddamy – nic nam nie zostanie. I nawet teraz, nie towarzyszą mi jakieś ostre emocje w stosunku do ówczesnej władzy. Traktuję ją jak jakiś guz raka, który trzeba po prostu usunąć. Nic więcej, nic mniej.

Kule na Majdanie trafiały przypadkowych ludzi, czy snajperzy obierali konkretne cele?

Działali tam agenci, wmieszali się między nas. Nie mieliśmy o tym pojęcia, ponieważ nie mieliśmy bojowego doświadczenia, o dywersji wiedzieliśmy jedynie z filmów. A tam byli chłopcy, którzy chodzili z kamerami, nagrywali wszystko co się dzieje, a następnie wyciągali z kieszeni latareczki i podświetlali cel, który wybierał snajper. Strzelał celnie, bez pudła. W ten sposób zabijali najbardziej aktywnych.

Kulminacja wydarzeń. Jak do niej doszło?

18 lutego zrozumieliśmy, że nasza władza – wcale nie jest nasza, że jest sterowana z zewnątrz. Wydać takie rozkazy i je wypełniać – nie wiem, pod jakim trzeba byłoby być naciskiem. Wydaje mi się, że było jakieś ultimatum – Janukowicz powiedział swym oponentom, że idzie do ataku. Wydaje mi się, że niektórzy z opozycji ustąpili i dlatego wydarzyła się ta tragedia. Gdyby na Majdanie było więcej ludzi, nie poszliby na to. Wydawało im się, że ludzi jest mało, więc zdecydowali, że można jednym uderzeniem złamać opór. Ale stało się, to co się stało.

A zdawało się, że to już koniec Majdanu.  

Właśnie tak. Gdy do nocy było już tylu rannych. Przepełnione były wszystkie szpitale, także cerkwie i kościoły. Jest informacja, że z oddziału bojowego pozostało około 300 osób, które po prostu wytrzymały tę noc i utrzymały Majdan. To że tak się stało, to jakiś cud.

Gdzie Pana trafiła kula?

Byłem w Budynku Związków Zawodowych, tam był nasz oddział. Gdy „Berkut” zaczął atakować stworzyliśmy „żółwia” (pozycja obronna utworzona z tarcz – red.) i przygotowywaliśmy się do walki, ale oni zatrzymali się i po prostu zaczęli do nas strzelać ze strzelb. W tę noc zginęło dziesięciu „berkutowców”, w wyniku czego nie chcieli wchodzić z nami w bezpośrednią walkę, dlatego zaczęli do nas strzelać. Trafili także mnie. Moja tarcza przyjęła kule, ale mimo to trzy pociski mnie trafiły. Miałem szczęście, że jednak zostałem żywy. Byłem jednym z pierwszych rannych, zabrano mnie i operowano – nie miałem już kontaktu z ludźmi z mego oddziału. Mam nadzieję, że wszyscy żyją. Następnie trafiłem do szpitala w Warszawie, stamtąd do Białegostoku, potem znów do Warszawy.

Jakieś plany na przyszłość?

 Wie pan, zmieniłem swój światopogląd. Kiedyś zawsze miałem plany na przyszłość. Co ciekawe, rano 18 lutego znalazłem w końcu pracę. Miałem wcześniej z tym problem, ciężko było coś znaleźć. Ale jednak wybrałem się na Majdan i jak pan widzi – los zmienił radykalnie moje plany. Dlatego uważam, że wybieganie myślami na przód to rzecz drugorzędna. Trzeba po prostu działać odpowiednio do sytuacji, w której wszyscy aktualnie się znajdujemy.

Zdjęcie: Denys Wierkowskij po wyjściu ze szpitala w Białymstoku. Sławomir Sawczuk

Sławomir SAWCZUK

Share.