Radosław Pawelec o nowej ortografii polskiej: „Reforma porządkuje zasady, które od dawna budziły wątpliwości” – Nasz Wybir – Portal dla Ukraińców w Polsce

Radosław Pawelec o nowej ortografii polskiej: „Reforma porządkuje zasady, które od dawna budziły wątpliwości”

16 kwietnia 2026
Radosław Pawelec o nowej ortografii polskiej: „Reforma porządkuje zasady, które od dawna budziły wątpliwości”
Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim
Цей текст також можна прочитати українською мовою

Nowa reforma ortografii przyniosła największe zmiany od dziewięćdziesięciu lat. W wywiadzie dla Naszego Wyboru profesor Uniwersytetu Warszawskiego, językoznawca i badacz mediów Radosław Pawelec opowiada o wprowadzonych zasadach pisowni – m.in. o użyciu wielkiej litery, prefiksów oraz o wdrażaniu zmian w praktyce.

Radosław Pawelec – profesor Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego, językoznawca i badacz mediów, specjalizujący się w  języku polskim. Autor wielu monografii naukowych, licznych artykułów, słowników i publikacji popularnonaukowych, a także redaktor naczelny kwartalnika Studia Medioznawcze. Od lat zajmuje się badaniem języka w kontekście edukacji, mediów i komunikacji społecznej. 

 

Diana Prudnyk: Jak Pan ocenia skalę zmian, które weszły w życie 1 stycznia 2026 roku? Czy z perspektywy akademickiej to rewolucja w ortografii, czy raczej uporządkowanie i doprecyzowanie norm, które od dawna budziły wątpliwości?

Radosław Pawelec: To reforma, na którą wiele osób czekało. Polska ortografia przez długie lata nie była gruntownie zmieniana – wprowadzano jedynie drobne korekty. Jedną z najważniejszych było dopuszczenie w latach 90. wariantywnego zapisu nie z imiesłowami odmiennymi, na przykład nieotwarty, niezrobiony, niedziałający. Przez wiele lat funkcjonowały więc równoległe zapisy: łączny i rozdzielny. Obecna reforma kończy z tą podwójnością i uznaje zapis łączny za jedyny poprawny, co, jak uważam, jest decyzją rozsądną.

Język zmienia się powoli. Podobnie jak w prawie funkcjonuje vacatio legis [red. – okres między oficjalną publikacją aktu prawnego a momentem, w którym zaczyna on obowiązywać], tak i w języku potrzebny jest czas na adaptację.  Reforma była konieczna, ponieważ część dotychczasowych rozwiązań zwyczajnie się nie sprawdzała. Klasycznym przykładem była zasada pisowni nie z przymiotnikami i przysłówkami: w stopniu równym pisano łącznie (nieładny), a w stopniu wyższym i najwyższym – rozdzielnie (nie ładniejszy, nie najładniejszy).

Było to rozwiązanie nielogiczne i od dawna krytykowane. Próbowano je zmienić już kilkadziesiąt lat temu, ale wówczas z tego pomysłu zrezygnowano z obawy przed chaosem wydawniczym. W połowie opracowania znajdowały się wówczas dwa wielkie dzieła: Słownik języka polskiego i Wielka encyklopedia powszechna PWN. Zmiana w tamtym momencie oznaczałaby, że w jednej części tych dzieł obowiązywałaby jedna ortografia, a w drugiej – inna.  Dlatego zdecydowano się poczekać. Czekaliśmy aż do stycznia tego roku.

W tym sensie reforma jest uzasadniona – porządkuje zasady i dostosowuje je do uzusu. Przykładem może być zapis nazw wyrobów przemysłowych, takich jak Ford czy Opel, wielką literą – użytkownicy języka i tak od dawna pisali je w ten sposób.

 

Ostatnia reforma jest największą zmianą ortograficzną od dziewięćdziesięciu lat. Dlaczego tak długo na nią czekano?

W ostatnich dziesięcioleciach wprowadzano różne zmiany, ale były to jedynie drobne korekty.

Natomiast duża reforma polskiej ortografii miała miejsce w 1936 roku. Wcześniejsze zmiany pojawiły się jeszcze w okresie odzyskiwania niepodległości. Warto pamiętać, że trudno reformować ortografię bez stabilnych struktur państwowych – dlatego pierwsze próby uporządkowania systemu pojawiły się dopiero po 1918 roku. Wtedy ostatecznie ugruntowano między innymi miejsce litery „j”, która wcześniej nie funkcjonowała w takim kształcie jak dziś. Kolejna duża kodyfikacja nastąpiła w 1936 roku, a potem przez długi czas zmiany miały raczej kosmetyczny charakter.

Pojawiały się też – mówiąc pół żartem – opinie, że drobne korekty wprowadza się głównie po to, by można było wydawać nowe słowniki ortograficzne. Były to jednak złośliwe komentarze, których nie potwierdzam. Współcześnie zresztą sytuacja wygląda inaczej – słowniki w dużej mierze mają formę elektroniczną. 

 

Czy można zatem powiedzieć, że reforma jest szczególnie głęboka?

Głęboka reforma ortografii polegałaby na likwidacji podwójnych zapisów, takich jak „rz” i „ż”, „ch” i „h” czy „ó” i „u”. Byłaby to zmiana o charakterze rewolucyjnym. Obecna reforma jest raczej krokiem porządkującym i modernizującym system, ale nie zmienia go fundamentalnie.

 

W 2024 roku środowisko tłumaczy opublikowało stanowisko wobec nowej reformy, w którym, ogólnie rzecz biorąc, popierało reformę, ale zgłaszało też poważne wątpliwości. Z kolei w listopadzie 2025 roku Rada Języka Polskiego wycofała jedną z zapowiadanych zmian – dotyczącą wielowyrazowych nazw geograficznych. Jak wyglądał proces dochodzenia do ostatecznej wersji reformy?

Reforma była w pełni popierana, choć zgłaszano konkretne zastrzeżenia, zwłaszcza dotyczące rozszerzenia użycia wielkiej litery. W efekcie wycofano jeden z projektowanych przepisów, natomiast utrzymano inne rozwiązania, w tym bardzo ciekawy punkt odnoszący się do nazw obiektów w topografii miejskiej.

Zgodnie z nowymi zasadami nazwy takie jak aleja, brama, bulwar, osiedle, plac, park i inne będą zapisywane wielką literą, jeśli stanowią element nazwy własnej. Pozostaje jeden wyjątek – wyraz ulica, który nadal zapisuje się małą literą, na przykład ulica Józefa Piłsudskiego, ale już Aleja Niepodległości czy Brama Warszawska. 

Uważam, że jest to decyzja rozsądna, ponieważ w praktyce użytkownicy języka od dawna stosowali właśnie taki zapis. Dobrym przykładem jest Pomnik Lotnika w Warszawie. Zgodnie z wcześniejszymi zasadami należałoby zapisać pomnik Lotnika, natomiast w rzeczywistości na samym obiekcie funkcjonuje zapis z wielką literą.  Reforma jest więc w tym zakresie dostosowaniem normy do uzusu.

Mam również osobiste doświadczenie związane z oceną podręczników szkolnych jako rzeczoznawca Ministerstwa Edukacji Narodowej. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacją, w której nawet autorzy podręczników instytucjonalnie stosowali powszechnie przyjęty zapis, a nie ten formalnie poprawny.  Z tego względu uważam tę zmianę za uzasadnioną, choć oczywiście – jak w każdej dziedzinie – pojawiają się głosy konserwatywne. Reformy językowe zawsze wymagają otwartości i konsultacji z praktykami, np. opublikowany w Poradniku Językowym głos środowiska tłumaczy w sprawie użycia wielkiej litery w nazwach geograficznych był rezultatem dyskusji, którą miałem z nimi na konferencji The Translation and Localization Conference KTLC we wrześniu 2024 r. w Warszawie.

 

A jak środowisko językoznawcze przyjęło tę reformę?

Każda reforma ortografii budzi ogromne emocje. Czasem żartobliwie mówię, że z ortografią jest trochę jak z seksem – niemal każdy uważa, że się na niej zna i każdy ma do niej jakiś stosunek. W przypadku tej reformy zaistniał pewien problem,  więc dyskusje były rzeczywiście intensywne.

Na Uniwersytecie Warszawskim odbyło się spotkanie z udziałem Rady Języka Polskiego, podczas którego toczyły się zażarte spory. Ostatecznie część rozwiązań została utrzymana.

 

Jak Pan tłumaczy fakt, że część wątpliwości zgłaszanych w 2024 roku została uwzględniona, a część nie?

Nie wszystkie postulaty muszą zostać uwzględnione. Z jednej strony należy oczywiście brać pod uwagę zgłaszane argumenty, z drugiej zaś – dopuszczać możliwość podtrzymania wcześniej podjętych decyzji. Rada Języka Polskiego działa na podstawie ustawy o języku polskim i jest w pełni uprawnionym organem do wprowadzania zmian językowych, a tym samym ponosi za nie odpowiedzialność.

Myślę jednak, że skoro w toku dyskusji jedna strona była gotowa do ustępstw i druga strona również częściowo ustąpiła, to istnieje przestrzeń do dalszej korekty rozwiązań. Jeżeli z czasem okaże się, że któreś z nich się nie sprawdza, zawsze będzie można takie rozwiązanie wycofać lub zaproponować inną, lepszą wersję.

Warto też pamiętać, że przewidziano okres przejściowy do 2030 roku. To niezwykle istotne, ponieważ zmiany ortograficzne mają realne konsekwencje praktyczne – trzeba dostosować dokumenty, pieczątki, szyldy czy materiały urzędowe. Reforma daje czas na spokojne wprowadzanie nowych zasad.

 

Jednym z elementów reformy, o którym Pan wspomniał, jest rozszerzenie użycia wielkiej litery, zwłaszcza w nazwach obiektów, instytucji czy przestrzeni publicznej. Czy istnieje ryzyko jej nadużywania?

Wielka litera to jeden ze słabszych punktów polskiej ortografii. Zasada mówi, że zapisujemy ją w nazwach własnych, ale sama kategoria nazwy własnej jest nieostra – nie do końca wiemy, co nią jest. Gdyby była jednoznaczna, wystarczyłby jeden przepis. Tymczasem po nim następują dziesiątki stron wyjątków i doprecyzowań.

Problem szczególnie narasta przy nazwach wielowyrazowych. Tytuły książek zapisujemy inaczej niż tytuły czasopism. Jeżeli mamy do czynienia z tytułem książki, wielką literą zapisujemy wyłącznie pierwszy wyraz tytułu. Dlatego poprawny zapis to W pustyni i w puszczy, gdzie tylko pierwszy wyraz zaczyna się wielką literą. Inaczej jest w przypadku tytułów czasopism –  w ich zapisie wielką literą piszemy wszystkie człony nazwy. Stąd poprawny zapis dla czasopisma to na przykład Gazeta Wyborcza. Już na tym etapie widać wyraźnie, że te same mechanizmy zapisu nie obowiązują we wszystkich typach nazw. 

Sytuację dodatkowo komplikuje silny wpływ języka angielskiego, w którym wielka litera pojawia się znacznie częściej. W angielskiej ortografii bowiem wielką literą pisze się niemal wszystkie wyrazy tytułów książek, z wyjątkiem krótkich spójników i przyimków. Przykładem może być tytuł powieści Ernesta Hemingwaya For Whom the Bell Tolls, w którym jedynie słowo the zapisane jest małą literą. Tymczasem w polskim tłumaczeniu tego samego tytułu obowiązują zupełnie inne reguły, zgodnie z którymi poprawny zapis to Komu bije dzwon, gdzie wielką literą zapisany jest wyłącznie pierwszy wyraz. Różnica ta jest zasadnicza i często bywa źródłem błędów, zwłaszcza w tekstach tworzonych pod wpływem anglojęzycznych wzorców. 

Widać to szczególnie w dokumentach unijnych oraz w tłumaczeniach, w których dochodzi do mechanicznego przenoszenia angielskich zasad zapisu wielkiej litery na grunt polszczyzny. Prowadzi to do nadużywania wielkiej litery i stopniowego rozmywania norm ortograficznych. 

Warto zauważyć, że wiele narodów bardzo świadomie chroni swoje systemy językowe i ortografię. Hiszpanie konsekwentnie dbają o własne normy, a Chińczycy zachowują tradycyjny system pisma znakowego jako ważny element jedności kraju i tożsamości kulturowej. Dlatego tak ważne jest, aby – mimo presji globalnych wzorców – zachować świadomość specyfiki języka polskiego i konsekwentnie stosować jego własne reguły.

 

W reformie pojawił się także temat zapisu prefiksów i elementów takich jak eko, mini, maxi, quasi itd. Co Pan o tym sądzi? 

Dawna zasada mówiła, że prefiksy zapisujemy łącznie, natomiast wyrazy niby i quasi – z łącznikiem. Obecnie dopuszczono zapis łączny, z wyjątkiem sytuacji, gdy łączą się one z nazwą własną, na przykład quasi-Anglik lub niby-Polak. Jest to rozwiązanie logiczne, ponieważ w przeciwnym razie wewnątrz wyrazu pojawiłaby się wielka litera.

Więcej wątpliwości może budzić dopuszczenie wariantów zapisu takich elementów jak mini czy eko. Wynika to z faktu, że nie są to klasyczne prefiksy, lecz tak zwane prefiksoidy – formy, które z jednej strony pełnią funkcję przedrostków, a z drugiej zachowują znaczenie samodzielnych wyrazów. W tym przypadku konieczna jest pewna interpretacja. Dobrym przykładem jest zapis miniwieża i mini wieża. Teoretycznie można uznać, że wieża rzeczywiście jest „mini”, czyli mamy do czynienia z określeniem przymiotnikowym, które da się napisać rozdzielnie. Taki zapis jest językowo możliwy i semantycznie zrozumiały. Pojawia się jednak pytanie, czy tego rodzaju operacja interpretacyjna zawsze jest zasadna i czy w każdym przypadku rzeczywiście da się sensownie oddzielić te dwa człony.

Zjawisko to jest stosunkowo nowe w polszczyźnie, dlatego naturalne jest, że system ortograficzny dopiero próbuje je uporządkować.

 

Co Pana zdaniem budzi największe wątpliwości?

Najwięcej kontrowersji wywołuje właśnie wprowadzanie wariantywności – czyli dopuszczanie kilku poprawnych zapisów jednocześnie. Z jednej strony jest to dostosowanie do rzeczywistego użycia języka, z drugiej – może prowadzić do rozmycia normy. W gruncie rzeczy jest to bardziej problem filozoficzny niż ortograficzny.

Osobiście opowiadałbym się za wskazaniem przynajmniej normy preferowanej. Od dwudziestu lat funkcjonuje przecież podział na normę wzorcową i użytkową, który dobrze się sprawdza. Norma wzorcowa obowiązuje profesjonalistów – dziennikarzy, aktorów, pisarzy, prawników – natomiast norma użytkowa dopuszcza większą elastyczność. W reformie zabrakło jednak jasnego wskazania, która forma jest zalecana. 

 

Czy wariantywność zapisu może utrudniać nauczanie języka polskiego dla obcokrajowców?

Moim zdaniem kwestia glottodydaktyki, czyli nauczania języka polskiego jako obcego, nie została wystarczająco uwzględniona. Wariantywność może sprawiać trudności osobom uczącym się polskiego, choć nie jest to problem bardzo poważny. Język angielski jest bardzo zróżnicowany – zarówno pod względem norm, jak i zapisu – a mimo to skutecznie nauczany na całym świecie. 

 

Jak instytucje edukacyjne mają się zachować w okresie przejściowym?

Przede wszystkim należy zachęcać do stosowania nowych zasad, ponieważ studenci i uczniowie i tak będą musieli posługiwać się nimi przez całe swoje życie – w pewnym momencie trzeba więc zacząć. Powinna to być jednak zachęta, a nie przymus. W języku przymus bardzo często wywołuje opór.  Człowiek uczy się języka sprawnie wtedy, gdy ma z nim dobre, przyjazne skojarzenia. 

Dlatego warto promować nowe rozwiązania, bo leży to w interesie samych użytkowników języka. Jest tu jednak zasada, której należy bezwzględnie przestrzegać: jednolitość zapisu. Jeżeli ktoś decyduje się pisać pracę zgodnie z nową ortografią, powinien stosować ją konsekwentnie w całym tekście. Jeżeli wybiera zasady dotychczasowe – również powinien pozostać przy nich od początku do końca. Niedopuszczalne jest zapisywanie tych samych form na dwa różne sposoby w jednym dokumencie, ponieważ jest to podstawowa zasada redakcyjna.  

 

Jaką radę dałby Pan osobom uczącym się języka polskiego?

Większość ludzi posiada pamięć wzrokową i zapamiętuje formy językowe poprzez bezpośredni kontakt z tekstem. Z jednej strony sprzyja to przyswajaniu norm – z drugiej, może ograniczać refleksję nad systemem języka, co skutkuje powstaniem czegoś w rodzaju bańki informacyjnej. Sam, badając teksty od średniowiecza, spotykam wiele różnych wariantów zapisu tych samych wyrazów.

Warto też powiedzieć, że polska ortografia jest stosunkowo prosta, ponieważ w większości opiera się na zasadzie fonetycznej – zapis odpowiada wymowie. Dotyczy to miażdżącej większości wyrazów. Trudności sprawiają przede wszystkim wielkie litery, pisownia łączna i rozdzielna oraz system zapisu spółgłosek zmiękczonych. W słowie środa zmiękczenie wyraża kreska, w słowie siano – litera „i”, która nie jest wymawiana, a w słowie siła też „i”, ale wymawiane. Takie rozwiązanie jest błędem, którego korzenie sięgają XVI wieku. Stwarza to problemy szkolne, ale nie aż tak wielkie. Pamiętam, że w trzeciej klasie szkoły podstawowej prawie wszystkie dzieci na początku robiły błędy, ale już po miesiącu było dużo lepiej. To pokazuje, że niektóre trudności ortograficzne można skutecznie pokonać w praktyce.

Dla wielu osób problemem pozostaje też rozróżnienie polskich spółgłosek. Polski jest językiem spółgłoskowym i posiada szeregi bardzo podobnych do siebie spółgłosek, takich jak „s”, „sz”, „ś”, „c”, „cz”, „ć” itd. Nie są one łatwe do rozróżnienia dla osób, których język ojczysty ma silnie zróżnicowane samogłoski, a nie spółgłoski – jak na przykład francuski. Samogłoski w polskim są proste, natomiast spółgłoski bywają już skomplikowane. Osoby z Europy Wschodniej często żartobliwie komentują nasz język, mówiąc: „przek, przek, przek” – tak brzmi polski w ich odbiorze. Jednak różnorodność języków jest przecież dowodem bogactwa ludzkiej kultury, a polskie spółgłoski dają nieporównane możliwości artystyczne, jak w wierszu Staffa „O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…”. 

Nowe zasady będą stopniowo rozpowszechniane przez szkoły i środowiska akademickie. Pracownicy mediów będą musieli je szybko przyswoić, a użytkownicy języka nauczą się od nich. Wydaje się przy tym, że obecna reforma ortografii przebiegnie znacznie spokojniej niż nowelizacja ortografii niemieckiej. Kiedy kończyłem swoją pracę na uniwersytecie w Niemczech w 1997 roku, wprowadzono tam dość głęboką reformę ortografii, która spowodowała ogromne protesty. Przez wiele lat różne środowiska opiniotwórcze, a także Niemiecka Agencja Prasowa, nie chciały dostosowywać się do nowych norm. Wydaje się, że u nas ten proces będzie znacznie mniej burzliwy. Mówiąc nieco żartobliwie – pozostaje nam esperar, co w języku hiszpańskim oznacza zarówno czekać, jak i mieć nadzieję

 

Rozmowę przeprowadziła Diana Prudnyk