Tamara Horicha Zernia: „Aby pisać o okropnościach wojny, najpierw musi się coś w tobie przepalić” – Nasz Wybir – Portal dla Ukraińców w Polsce

Tamara Horicha Zernia: „Aby pisać o okropnościach wojny, najpierw musi się coś w tobie przepalić”

Oleksandra Iwaniuk
Julia Kyryczenko
1 grudnia 2023
Tamara Horicha Zernia:  „Aby pisać o okropnościach wojny, najpierw musi się coś w tobie przepalić”
Oleksandra Iwaniuk
Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim
Цей текст також можна прочитати українською мовою

Tamara Horicha Zernia (polscy czytelnicy znają ją jako Tamara Duda) to ukraińska pisarka, tłumaczka i wolontariuszka. Laureatka Narodowej Nagrody Ukrainy im. Tarasa Szewczenki w 2022 roku. Autorka powieści „Córeczka”, nagrodzonej jako książka roku BBC-2019. Tamara Duda znana jest także z działalności w wolontariacie.  

W 2022 roku ukazała się w polskim tłumaczeniu jej „Córeczka” (tłumacz  Marcin Gaczkowski, wydawnictwo KEW). Znalazłszy się w gronie siedmiu książek rywalizujących o Literacką Nagrodę Europy Środkowej „Angelus”, „Córeczka” zdobyła nagrodę czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej.

O nagrodzie, wojennych doświadczeniach i literaturze, historii pseudonimu i reakcji polskich czytelników na książkę podczas prezentacji – w rozmowie z „Naszym Wyborem”.


Pani Tamaro, gratuluję zdobycia nagrody czytelników im. Natalii Gorbaniewskiej, która jest wręczana podczas gali  Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. Była Pani obecna na tej ceremonii. Jak to wszystko się odbyło?

Bardzo się stresowałam. Miałam dużą grupę wsparcia, bo przyjechał ze mną mój wydawca z Kijowa, mój polski tłumacz Marcin Gaczkowski i Laurynas Vaičiūnas – nasz polski wydawca (KEW). Przyszła mnie wesprzeć i dodać otuchy  Kateryna Babkina (Kateryna Babkina to ukraińska pisarka, scenarzystka i tłumaczka. Laureatka Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus” i Nagrody Publiczności im. Natalii Gorbaniewskiej 2021).

Cieszę się, że otrzymaliśmy nagrodę imienia Natalii Gorbaniewskiej. To oznacza zainteresowanie książką, zainteresowanie tematem. Oczywiście, żałuję i szkoda, że nie otrzymaliśmy głównej nagrody, ale mam nadzieję, że ukraińska literatura ma przed sobą jeszcze wspaniałe perspektywy. Cieszę się, że Ukraina znacząco poszerza swoją obecność w środkowoeuropejskiej przestrzeni kulturalnej.

Kiedy w 2022 roku prezentowaliśmy polską „Córeczkę”, miałam wrażenie, że wiele osób po raz pierwszy poznaje współczesnych ukraińskich pisarzy, bo krąg ukraińskich  autorów, którzy do tej pory byli tłumaczeni w Polsce, był dość wąski. Wydaje mi się, że w ciągu tego roku Polska dowiedziała się znacznie więcej o ukraińskich autorach, o ukraińskiej literaturze i dostrzegamy nowe tłumaczenia, nowe nazwiska, które wchodzą do literackiego procesu. To niezwykle pozytywny sygnał i rezultat, niezależnie od wyników Nagrody „Angelus”. Cieszę się, że w tym roku o tę nagrodę rywalizowały dwie ukraińskie książki (druga książka to powieść Stanisława Asiejewa „Świetlana Droga. Obóz koncentracyjny w Doniecku” w przekładzie Marcina Gaczkowskiego – przyp. red.) i że obie książki były poświęcone wojnie. W ramach współczesnej ukraińskiej literatury bardzo kibicuję tematyce wojennej i wojennej prozie.

Dwie ukraińskie książki nie tylko zostały nominowane, ale także znalazły się w finałowej siódemce „Angelusa”, co jest bardzo dobrym wynikiem. Czy do ostatniej chwili nie wiedzieliście, kto wygra?

Jury utrzymuje intrygę do samego końca. Co więcej, dobieraliśmy się na ceremonię razem z dwoma członkami jury tą samą taksówką i nie było nawet żadnych aluzji. Bardzo odpowiedzialnie trzymali tę tajemnicę. Nikt nie wiedział, jaka była decyzja jury, więc wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach.

Foto: Ulana Basowa

Opowiem zabawną historię związaną z nagrodą. Kateryna Babkina to także laureatka nagrody „Angelus” oraz nagrody czytelników im. Gorbaniewskiej. Zapewniała mnie, że jeśli zdobędę nagrodę czytelników, to otrzymam obraz (dwa lata temu, podczas  ceremonii tej nagrody wręczono jej ogromny obraz). Byłam bardzo szczęśliwa, bo właśnie wyremontowałam dom i obrazów miałam właśnie za mało. A na scenie zamiast obrazu wręczono mi dość ciężką statuetkę. Pytam Katię: „A gdzie jest mój obraz?”

Jak stało się, że w polskim tłumaczeniu ma Pani inne nazwisko?

Mało kto mi wierzy, ale Duda to moje prawdziwe nazwisko. Kiedy pojawiło się pytanie, pod jakim nazwiskiem wydamy książkę w Polsce, okazało się, że mój ukraiński pseudonim Horicha Zernia źle się czyta w łacince. W anglojęzycznym tłumaczeniu podpisałam się jako Tamara Duda, także w języku niemieckim i hiszpańskim. W Łotwie przetłumaczono jako Horicha Zernia i nie myślę, że było to dla nich łatwe, bo dla nich jest to zestawienie dźwięków, które nie niesie ze sobą znaczeniowego ładunku. Myślę, że Polacy zrozumieliby, co to jest Horicha Zernia, ale z pewnością nie mają skojarzeń z wierszami Franka i nie wpływa to na nich w żaden sposób.

Proszę opowiedzieć więcej o wyborze Pani pseudonimu?

Jest taki wiersz poety Iwana Franka, którego uczą już w szkole:

„Och, ty dziewczyno jak ziarnko orzecha
Dlaczego twe serce – kłujący cierń?” 

„Horicha zernia” to znane zestawienie słów, które oznacza coś ukrytego pod łupiną, jakieś smaczne, wartościowe jadalne jądro ukryte w orzechowej i twardej łupinie, do którego dotarcie wymaga pewnego wysiłku.

W latach 2014-2015 byłam wolontariuszką na froncie. Zbieraliśmy dużo pomocy po całej Ukrainy i przewoziliśmy na front. Wówczas wytworzyła się u nas moda: wszyscy zaczęli podpisywać się pseudonimami. Tak wyszło, że zostałam „Horichom”. Kiedy pojawiło się pytanie, jak podpisać książkę, nie miałam nawet wątpliwości. Od razu powiedziałam wydawcy, że podpisujemy pod pseudonimem Horicha Zernia.

Poza tym byłam pewna, że na tym praca pisarza się kończy : przynosisz rękopis do wydawnictwa, wykonałeś swoje zadanie i jesteś wolny. Świadczyło to o całkowitym niezrozumieniu praw rynku książki, promocji i marketingu. Okazało się, że największa praca zaczyna się po wydaniu książki. Są to spotkania z czytelnikami, prezentacje w bibliotekach, udział w literackich festiwalach. Być może bym się na to nie zgodziła, bo taka publiczna aktywność jest sprzeczna z moim charakterem i naturą, nie sprawia mi to radości. Są ludzie, którzy czerpią z publicznej aktywności jakąś inspirację. Widzę w tym jedynie źródło zmęczenia, zamętu, a po wszystkim potrzebuję dużo czasu, żeby dojść do siebie.

Książka stała się krajowym bestsellerem, zdobywając najważniejsze nagrody, od książki roku BBC po Nagrodę Szewczenki. Jak polscy czytelnicy reagują na książkę podczas prezentacji?

Wielu Polaków przyznawało, że o wojnie w Ukrainie w 2014 roku wie bardzo mało. Dla wielu ta książka stała się odkryciem, bo jest napisana i skomponowana w taki sposób, aby czytelnik z łatwością mógł postawić się na miejscu głównego bohatera i żywo, obrazowo wyobrazić sobie to, co dzieje się wokół niego.

Foto: Ulana Basowa

Często jestem pytana, dlaczego bohaterka w książce nie ma imienia, a wiele osób czyta książkę do końca nawet nie zwracając na to uwagi. Zależało mi, aby „ja” bohaterki jak najściślej pokrywało się z „ja” czytelnika. Właśnie na te kilka godzin, gdy czyta się książkę. Jest jeszcze wiele innych rzeczy, które nadają powieści maksymalny realizm. Chciałam, aby przeżycia bohaterów stały się osobistym doświadczeniem czytelnika. Książka nie jest kroniką wojenną w najczystszej formie, ani dziennikiem bojowych działań. To fabuła, a bohaterowie tej książki byli bliscy ludziom z różnych krajów. Oznacza to, że niektóre podstawowe wartości, sytuacje, ryzyka i wybory, których dokonują moi bohaterowie, są zrozumiałe dla każdego. W książce jest wiele momentów, gdy bohater stoi na tak zwanym  życiowym rozdrożu, gdzie trzeba dokonać pewnego wyboru, pójść w tę, czy inną stronę. Czytelnik ma uzasadnienie, dlaczego dokonuje takiego konkretnego wyboru. Logika zachowań bohaterów okazała się bliska, zrozumiała dla czytelników, niezależnie od kraju ich zamieszkania.

Książka jest napisana w lekkim, a nawet zabawnym stylu. Kiedy omawialiśmy Pani książkę w audycji radiowej Poczytalni, wówczas polscy koledzy przyznali, że mieli poczucie winy, bo zamiast cierpieć, dobrze się przy książce bawili, mimo że sam temat jest trudny i poważny. Powstaje zatem pytanie, czy sam autor ma prawo żartować i pisać o wojnie w zabawny sposób?

Ironia, śmiech i humor to jedne z najbardziej powszechnych rzeczy na wojnie. Nie da się walczyć bez śmiechu i żartów. „Córeczkę” uważam za książkę zarówno tragiczną, jak i głęboką. Ale jednocześnie zawiera ona fantasmagorię, nierealistyczność. To właśnie takie uczucia, z jakimi przeżyliśmy 2014 rok. Osobiście nie raz złapałam się na myśli, że to jakiś film lub gra wideo, a ja znalazłam się w jej scenografii. Sceny i wydarzenia zmieniały się tak szybko, że trzeba było momentalnie reagować na to, co się działo, podejmować pewne decyzje, a także brać ze swojego arsenału umiejętności i zdolności, które istniały w pokojowym życiu – coś, co można było jakoś zastosować podczas wojny. Wszyscy byliśmy napompowani dużą szybkością reakcji i nowymi umiejętnościami. Na przykład umiejętność negocjowania w relacjach horyzontalnych, umiejętność znajdowania kontaktów, angażowania sponsorów, wsparcia, osób o podobnych poglądach, a potem utrzymania tego zaangażowania przez pewien czas, żeby ludzie się nie poddali i nie wystudzili, możliwość rozmowy z różnymi ludźmi, z omijaniem raf.

Nie wiedzieliśmy, przez co przeszły miliony naszych rodaków. Jaka to była okupacja, skąd wzięło się tylu kolaborantów i czy naprawdę jest ich tak wielu, czy to też kolejne wymysły.

Wiele osób po przeczytaniu mojej książki płakało. Wielu także twierdziło, że były to łzy oczyszczenia, które odblokowały jakąś śluzę uniemożliwiającą oddychanie. Był to ciężar, który człowiek cały czas niósł ze sobą. Nie raz słyszałam, jak Ukraińcy mówili mi: sformułowałaś w swoich słowach to, co było w moim sercu, ale czego nie mogłam lub nie mogłem wyrazić, powiedzieć. Opłakując niektórych bohaterów tej książki, wszyscy płaczą nad swoimi znajomymi i przyjaciółmi. Ale książka wciąż pozostawia nadzieję. Można się spierać, na ile jej zakończenie jest szczęśliwe, czy nieszczęśliwe, jednak jest ono dość otwarte i pozostawia nadzieję na dalsze życie, które będziemy kontynuować. Bardzo zależało mi na tym, żeby dokładnie to napisać i pozostawić taki posmak. Jestem przekonana, że na temat wojny powstanie wiele książek różnych autorów. Będziemy mieli absolutnie tragiczne sagi lub powieści. Będzie tam dość tragedii i dużo ciężkich rzeczy, ale w literaturze pozostanie także moja książka, mająca swój nastrój i swój optymizm.

Obecnie ukraińskie społeczeństwo bardzo ostro reaguje na autorki i autorów, którzy próbują pisać o tym, czego sami nie doświadczyli. Jaki Pani do tego podchodzi?

W „Córeczce” jest dość duża część moich osobistych doświadczeń, ale także duże fragmenty biografii i spostrzeżeń, doświadczeń prototypów moich bohaterów, z którymi jestem znajoma. Przed napisaniem tej książki odbyłam z prototypką głównej bohaterki wiele godzin dyskusji i wysłuchałam wielu rzeczy. Trzeba zdawać sobie sprawę, że samo w sobie ukraińskie społeczeństwo – jeśli mówimy o wewnętrznym ukraińskim czytelniku – znajduje się obecnie w strasznej traumie. Stwierdzamy to, widzimy to. Dostrzegamy to w ludziach, widzimy to po sobie. Dwa lata niesamowitego stresu, presji i życia pod gilotyną nie pozostają bez echa. Ludzie odbierają wszystko bardzo ostro i nigdy nie możesz zgadnąć, jaka będzie reakcja rozmówcy na twoje najbardziej niewinne słowa. Może to być agresja, łzy, może to być wybuch słowotoku i chęć opowiedzenia czegoś. Reakcje wielu osób stały się prostsze, a oni sami przyznają, że wydaje nam się, że jakby opuścili się nieco w swym  rozwoju. Nie chcemy już złożoności, trudno nam myśleć, analizować, przyjmować stanowisko przeciwnika, argumentować. Mam nadzieję, że jest to odwracalne, ale powrót do zdrowego poziomu zajmie tyle samo czasu i potrzebuje wielu świadomych działań, w tym terapeutycznych.

Foto: Ulana Basowa

Przewiduję, że książki o wojnie, które są obecnie pisane i które zostaną wydane w Ukrainie w nadchodzących latach, wszystkie, w taki czy inny sposób, będą miały wątek wojenny, ponieważ wojna tak głęboko wniknęła w nasze codzienne życie i dotknęła tak wielu ludzi, że przejść obok tego i nie napisać o tym, byłoby co najmniej dziwne. Oznacza to, że autor będzie musiał się szczególnie postarać, aby o wojnie nie pisać. Temat wojny z pewnością będzie prezentowany we współczesnej ukraińskiej prozie. Dla siebie zdecydowałam, że obecnie trzeba w jak największym stopniu opierać się na własnym doświadczeniu. Aby pisać o okropnościach wojny i okupacji, trzeba przejść przez własną Golgotę i wypić kielich własnego cierpienia. Coś musi się w Tobie przepalić. Tylko wówczas można odnaleźć odpowiedni ton i tonację.

Proszę opowiedzieć o Pani doświadczeniach

Moje doświadczenia to wywiezienie rodziny na zachodnią Ukrainę i rozłąka z dziećmi. Miałam doświadczenie życia w prawie zablokowanym Kijowie. 25 lutego 2022 roku odwiozłam dzieci i od razu powróciłam. Przed wyzwoleniem obwodu kijowskiego pomagaliśmy naszemu wojsku. Mam doświadczenie zimowania w Kijowie razem z dziećmi i zwierzętami. Mam także doświadczenie uchodźcze. Moje dzieci i ja mieszkaliśmy przez jakiś czas w Polsce, Gruzji i na Łotwie. Mam doświadczenie, kiedy istniało realne zagrożenie atakiem nuklearnym i kiedy w naszym kraju przypomnieliśmy alerty o tym, jak należy postępować w przypadku nuklearnego ataku. Kiedy wszyscy nosiliśmy ze sobą jod w tabletkach z receptą, że należy mieć czas na zjedzenie kilku tabletek i podanie ich dzieciom. Kiedy dzieci pytały mnie, a ja patrzałam na mapę i próbowałam obliczyć: jeśli trafione będzie centrum Kijowa, czy pierwsza fala dotrze do nas? Wychodziło, że tak się stanie. Kiedy już zrezygnowaliśmy ze schodzenia do schronu, bo nie da się tego znieść. Zostawaliśmy w domu i słyszeliśmy nad naszą dzielnicą zestrzeliwane drony i eksplodujące rakiety. Moje doświadczenia to, gdy słyszę eksplozje, a w mych ramionach śpi dziecko i bardzo dobrze rozumiem kobiety – miałam te same myśli – jeśli teraz leci, niech wszystkich naraz zabije. Żebyś, nie daj Boże, nie przeżyła swojego dziecka, które na własną odpowiedzialność przywiozłaś do Kijowa.

W Polsce trudno sobie wyobrazić, jak wygląda codzienne życie Ukrainki czy Ukraińca, a chęć pomocy Ukraińcom maleje

Musimy zrozumieć, że wojna jeszcze się nie skończyła, a zwycięstwo Ukrainy daleko nie jest gwarantowane. Wciąż balansujemy na bardzo cienkiej linii. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to wszystko pójdzie. Nie jesteśmy pewni, czy Ukraina ustoi. Zetknęliśmy się z ogromną, potężną nawałą. Rosjanie mają pieniądze, broń i absolutnie nie szkodują swoich ludzi. Nie mają problemu z ludzkimi zasobami. I wcale nie zastanawiają się nad liczbą zabitych i rannych, nie wpływa to na nich w żaden sposób. Wierzę w to, że ustoimy – bo inaczej po co to wszystko? Ale zarówno Polakom, jak i krajom bałtyckim mówię: na wszelki wypadek miejcie plan „B”. Uzgodnijcie, gdzie możecie ewakuować swoje kobiety i dzieci. Na wszelki wypadek sprawdźcie schrony. Sprawdźcie, czy wasze położnicze szpitale będą mogły funkcjonować w czasie przerw w dostawie prądu i wody. Czy są w nich wystarczająco dobrze wyposażone piwnice do przeprowadzenia operacji? Nie możemy zagwarantować, że ten kielich was ominie. Gdybyśmy mieli wybór, jestem pewna, że Ukraińcy oddaliby wszystko. Wyniosłabym z domu absolutnie wszystko. Podobnie jak obecnie oddajemy wszystko naszej armii. Gdyby była nadzieja, że ​​będzie to tylko koszt finansowy i że nie będzie konieczne wysyłanie naszych mężczyzn i kobiet na wojnę. Trzeba myśleć, rozumieć, otworzyć mapę i popatrzeć. Trzeba przysłuchiwać się temu, co mówią rosyjscy politycy i ich propagandyści, czytać ich fora, na których komunikują się zwykli obywatele. Będziecie mieli dokładne pojęcie o nastrojach, o tym, na co się przygotowują i do czego dążą.

Rozmawiała Oleksandra Iwaniuk

Oleksandra Iwaniuk