Ołeksandr Irwaneć: „Ukraińcy i Polacy są sobie nawzajem dani, żeby zobaczyć, jak by było w Ukrainie, gdyby nam się udało i jak byłoby w Polsce, gdyby im się nie udało” – Nasz Wybir – Portal dla Ukraińców w Polsce

Ołeksandr Irwaneć: „Ukraińcy i Polacy są sobie nawzajem dani, żeby zobaczyć, jak by było w Ukrainie, gdyby nam się udało i jak byłoby w Polsce, gdyby im się nie udało”

Oleksandra Iwaniuk
18 grudnia 2024
Ołeksandr Irwaneć: „Ukraińcy i Polacy są sobie nawzajem dani, żeby zobaczyć, jak by było w Ukrainie, gdyby nam się udało i jak byłoby w Polsce, gdyby im się nie udało”
Oleksandra Iwaniuk
Oleksandra Iwaniuk
Materiał ten jest dostępny również w języku ukraińskim
Цей текст також можна прочитати українською мовою

Niedawno ukazało się polskie tłumaczenie książki „Charków 1938” ukraińskiego pisarza i tłumacza Ołeksandra Irwancia. Ta powieść to alternatywna historia, w której Ukraina nie stała się częścią ZSRR, ale jest potężnym państwem z inaczej przebiegającymi granicami i bohaterami będącymi personifikacjami prawdziwych postaci historycznych. Można tu spotkać zarówno Jewhena Konowalca, który jest Hetmanem — Prezydentem państwa ukraińskiego, Symona Petlurę, który reprezentuje opozycję, Olhę Kobylańską — laureatkę Nagrody Nobla, czy Serhijka ze Starobielska, w którym czytelnicy z pewnością rozpoznają Serhija Żadana.

Z Ołeksandrem Irwancem rozmawiamy o tym, jak narodził się pomysł powieści, jakie miejsce w tej alternatywnej historii zajmuje Polska i co pisarz chce, aby Polacy zrozumieli po przeczytaniu książki.


Gratuluję wydania polskiego tłumaczenia książki „Charków-1938”. Kiedyś powiedział Pan, że zakaże jej tłumaczenia na język rosyjski i polski. Dlaczego zmienił Pan  zdanie?

Może to była z mojej strony brawura. Być może powiedziałem to w prywatnej rozmowie, ale kiedy pojawiła się taka kwestia, pomyślałem: dlaczego nie? Książkę wydało lubelskie  wydawnictwo Warsztaty Kultury w Lublinie, a dla mnie Lublin jest głównym polskim miastem. Tam zaczynałem swoją karierę. Pracowałem tam nielegalnie, na przykład sprzedając wódkę na bazarze Pod Zamkiem. To było tak dawno, że myślę, iż nie ukarzą mnie za to, ze względu na przedawnienie. Pamiętam to miasto z czasów, gdy Starówka była straszna i niebezpieczna i niemal na pewno można było tam spotkać miejscowych bandytów. A teraz jest to najpopularniejsze turystyczne miejsce, jest tu mnóstwo ludzi i dobrych restauracji. Lublin zmienił się na moich oczach, a co za tym idzie, zmieniła się także moja decyzja. 

Wiem, że były prezentacje w Lublinie. Jak tam przyjęto książkę?

Tak, książka była już dwukrotnie prezentowana w Lublinie. Za pierwszym razem była to tylko prezentacja, a za drugim razem były nawet małe targi książki.

Kilka osób prywatnie powiedziało, że książka ich zainteresowała i ją polubili. Widziałem w Internecie małą polską recenzję i komentarze na jej temat. W jednym z komentarzy można przeczytać: „Z pewnością jest to ohydne, ale przeczytam”.

Dlaczego, pisząc alternatywną historię Ukrainy, wybrał Pan na jej stolicę Charków?

To oczywiste, że petlurowski Kijów nie mógł być stolicą sowieckiej Ukrainy. Może jednak jestem lewicowcem, bo książka jest ogólnie komunistyczna, a Charków lepiej pasuje na komunistyczną stolicę. No gdzie do niego barokowemu Kijowowi? Charków był stolicą przemysłową, turystyczną i komunikacyjną. Wtedy też w Charkowie otwarto pierwsze w Imperium Rosyjskim kino. Nie było go jeszcze w Petersburgu, ani w Moskwie. Była to już stolica technologii.  

Spotkanie autorskie z Ołeksandrem Irwancem w Opolu. Foto: Wschodni Express

Co Pana łączy z tym miastem?

Moja mama pochodzi z rejonu bogoduchowskiego obwodu charkowskiego, gdzie obecnie toczą się walki. Charków był pierwszą metropolią, którą zobaczyłem. Moje dzieciństwo spędziłem na zachodzie Ukrainy – na Wołyniu, niedaleko miasta Łokacze. Kiedy miałem około 4 lata, mama mnie wzięłą, wsiedliśmy do pociągu i obudziłem się w Charkowie. To był rok 1965. O ile w miasteczku Łokaczach  najwyższe budynki mają trzy piętra, to w Charkowie zobaczyłem Derżprom, uniwersytet. 

А kiedy pojawił się pomysł na powieść?

Pomysł zrodził się, gdy Jurko Pozajak powiedział mi: „Wyobraź sobie, co byłoby, gdyby Ukraińska Republika Ludowa przetrwała”. I zacząłem sobie wyobrażać, a w rezultacie powstała ta książka. Chociaż wyobrażałem sobie dość długo, ponad dziesięć lat. Potem jeszcze ze dwa lata pisałem.

Jak to się stało, że miasta, w którym Pan mieszka i które stale Pan promuje – Równego, w Pana powieści na mapie Ukrainy nie ma? 

Bo to „wschodnie kresyTerminem „kresy” w polskiej historiografii określa się wschodnie tereny II Rzeczypospolitej, które stanowią dziś zachodnie tereny Ukrainy, Białorusi i LitwyNie piszę tu o zachodzie, o „wschodnich kresach”, bo wszystko jest z góry ustalone. Proszę przypomnieć ostatnie zdanie tej powieści: „Jak będziemy dzielić Polskę?”.  

Alternatywna mapa Ukrainy, opublikowana w ukraińskim wydaniu powieści.

 

 

Jaka jest Polska w tej Pana alternatywnej historii?

Polska jest słaba, a Białoruś nosi nazwę Litwa, a Litwa ma nazwę Lithuania. Drugie źródło napięci to Wilno, które dzielą Polacy, Białorusini i Litwini. Wilno jest centrum europejskiego kryzysu, a Polska jest w tej sytuacji słabsza. W Białorusi, którą nazwałem Litwą, prezydentem jest Andrej Chadanowicz — znany białoruski poeta, a w Litwie, która jest Lithuanią, prezydentem jest Marius Ivaškevičius — znany litewski dramaturg. Obaj są moimi przyjaciółmi i mianowałem ich prezydentami.

A dlaczego uczynił Pan prezydentem Ukrainy właśnie Konowalca?

Ukraiński filozof i pisarz Petro Kraliuk powiedział mi kiedyś, że w NKWD była nieomylna intuicja. Zarówno Konowalec, jak i Bandera byli rzeczywiście bardzo dobrymi organizatorami, „skutecznymi menedżerami” w dzisiejszym rozumieniu. I dlatego enkawudziści ich zabili. Dla mnie Konowalec byłby idealnym prezydentem, gdyby do tego dożył.

Pomimo że już wiemy, co komunizm zrobił z Ukrainą, w swej utopii wszystko jedno pisze Pan  o robotniczym, komunistycznym kraju.

Z wyjątkiem Czechosłowacji w naszej części Europy wszystkie kraje były w taki czy inny sposób albo faszystowskie, albo komunistyczne. Dlaczego Ukraina miałaby być wyjątkiem?

Czyli innych wariantów nie ma: albo komunizm, albo faszyzm. 

U nas nie mogło być Czechosłowacji. Z jednej strony – greckokatolicka Galicja, z drugiej – Kozaczyzna — jedno zaprzecza drugiemu. Zachowały się listy z miast oblężonych przez Kozaków, w których Kozacy informowali polskie władze miasta, że ​​katolików nie będą zaczepiać, a grekokatolicy zostaną wybici do nogi. Ukraina jest podatna na takie wahania, nie może być pośrodku.

Co by Pan chciał, aby Polacy zrozumieli o Ukrainie po przeczytaniu „Charkowa”? 

Chciałbym, żeby mogli nas zrozumieć trochę głębiej. Mamy wiele wzajemnych porachunków, które nie zostały do ​​końca rozwiązane, ale z drugiej strony oni, nasi sąsiedzi — Polacy, zostali nam dani, abyśmy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, jak by było w Ukrainie, gdyby nam się udało i jak byłoby w Polsce, gdyby im się nie udało. 

Andrij Sawenec i Oleksandr Irwanec. Foto: Natalia Toloczko / Warsztaty kultury

Najbardziej spodobało mi się to, że w Pana książce ukraińskie lata 20. ubiegłego wieku nie stały się Rozstrzelanym Odrodzeniem, ale rozwijały państwo. Czy wierzy Pan, że poeci i pisarze mogą być dobrymi menedżerami?

Wśród poetów często można znaleźć dobrych organizatorów. Iwan Małkowycz to subtelny poeta, który stworzył odnoszące największe sukcesy wydawnictwo w Ukrainie. Jeśli on zdołał, Mykoła Chwylowyj też by mógł.

W powieści występują obok siebie i spotykają zupełnie różne postaci: Achmatowa i Gumilow, Ostap Wysznia, Mychajło Semenko, Ernest Hemingway i Henry Miller. Nie bał się Pan, że przesadza — przecież niektórzy bohaterowie nie mogli wówczas być w Charkowie, a nawet żyć w tych czasach?

A co jeszcze mogło się wydarzyć? Nawiasem mówiąc, starałem się budować postacie chronologicznie. Ernest Hemingway i Henry Miller naprawdę mieszkali w Paryżu w 1938 roku i mogli przyjechać do Charkowa. Mało tego — Henry Miller i jego przyjaciele wynajęli kiedyś samochód i pojechali na wschód, docierając do Czerniowców. 

Niedawno wrócił Pan z dwuletniego pobytu w Niemczech. Jeśli wcześniej Niemcom trzeba było tłumaczyć, że Ukraina to nie Rosja, to co im trzeba tłumaczyć obecnie – po pełnoskalowej inwazji?

Że Ukraina też ma kulturę. Tyczyna napisał taki wiersz: „Pytają, czy mamy kulturę!”. Tak to jest.

Rozmawiała Ołeksandra Iwaniuk 

Oleksandra Iwaniuk
Oleksandra Iwaniuk